czwartek, 22 stycznia 2015

shinee album series: in my room

___________________________________________________________
autor: atmosphere
tytuł: in my room
typ: shinee!au
gatunek: angst, refleksje
paring: jongtae
długość: miniaturka [shinee album series]
___________________________________________________________

Nie pamiętam żadnego konkretnego momentu, w którym uświadomiłem sobie, że cierpię na bezsenność. Pod koniec stycznia budziłem się już regularnie piętnaście po trzeciej, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w zawieszoną nade mną czerń sufitu, myślami błądząc po rozciągającym się wysoko w górze niebie, pośród oddalonych o setki kilometrów gwiazd wypatrując chociażby najmniejszego śladu twojej obecności. Szukając zagubionego, figlarnego błysku twoich oczu, który tamtego ponurego, listopadowego poranka zabrałeś ze sobą w daleką samotną podróż, pozostawiając po sobie uwięzione w czterech ścianach opustoszałego pokoju wspomnienia.
W pierwsze kilka dni po twoim odejściu nie nadawałem się do niczego, czułem się jak wydrążona w środku kukła, matrioszka ze smutnym uśmiechem na zobojętniałej twarzy. Nie chciałem wtedy widzieć ludzi i nie chciałem, by ludzie widzieli mnie; bałem się, że zobaczą jedynie pustą, kruchą skorupę, bałem się, że rozlecę się na kawałki pod wpływem najdelikatniejszego dotyku.
Czułem się, jakbym codziennie budził się dla połowy błękitnego nieba; nieba, z którego bezpowrotnie zniknęło słońce i nieważne, ile gwiazd starałem się na nim umieścić, wiedziałem, że już na zawsze niektóre zakątki kołaczącego się pod moją klatką piersiową serca pozostaną zacienione i pokryte wiecznym, srebrzystym kurzem, błyszczącym się w nieprzeniknionych ciemnościach jak twoje spoglądające na mnie gdzieś z bardzo wysoka orzechowe oczy.
Niezbadaną ciemność mojego pokoju co noc przeszywają rozpaczliwy płacz i świdrujące przestrzeń krzyki naszych zapomnianych, pochowanych razem z tobą marzeń, które ulegały powolnemu rozkładowi pod jedną z obluzowanych desek sypialni od kiedy tylko ostatnie westchnienie opuściło twoje zaróżowione usta, wydając na nie wyrok śmierci. Osierocone i niechciane z tęsknotą wypowiadają twoje imię, które bezlitosnym echem odbija się w mojej głowie, doprowadzając do szału.
Jestem zmęczony, a wypełniające pustą przestrzeń pomiędzy upływającymi sekundami chwile zapomnienia coraz rzadziej przynoszą jakąkolwiek ulgę; zaczynam wariować.
Pamiętam, że ludzie wytykali nas palcami i mówili, że nie powinniśmy być razem – myślę, że byli w błędzie. Nie wiedzieli o nas kompletnie nic, bardzo możliwe, że byliśmy dla nich jedynie pustymi zlepkami liter; nie mieli pojęcia o rzeczach, które robiliśmy, nie mieli pojęcia o milionach szeptanych „kocham cię”, nie mieli pojęcia o tym, że czekaliśmy na siebie całe życie, tak, jak tylko gwiazdy potrafią czekać, cierpliwie wypatrując nadejścia nocy, w której mogłyby lśnić.
Jednak na tym kończy się nasze podobieństwo do gwiazd; o wiele bardziej przypominaliśmy planety – tak, byliśmy dwiema różnymi planetami, które wciąż i wciąż się kręciły, dla których nie przewidziano spotkania, które mimo nadludzkich wysiłków nie mogły sięgnąć swoich rąk po tym, jak je rozdzielono.
Założę się, że jeżeli by o tym wszystkim wiedzieli, byliby po prostu zazdrośni.
Nienawidziłem siebie za niemożność uratowania twojego istnienia. Czułem się całkowicie bezradny i nie miałem zielonego pojęcia, w jaki sposób zapobiec takiemu obrotowi spraw, wywracającemu cały mój dotychczasowy świat do góry nogami, nie miałem zielonego pojęcia, w jaki sposób zapobiec nieubłaganie nadciągającemu huraganowi, który pozostawił po sobie spustoszone pole przegranej przez nas bitwy. Uzbrojeni w będącą naszą zgubą fałszywą nadzieję i nigdy niewypłakane łzy nie mieliśmy żadnych szans.
Pamiętam twoje oczy; twoje głębokie, orzechowe tęczówki, spowite mgłą niewypowiedzianych myśli, tak jakby ukryte pod wątłą klatką piersiową serce nie potrafiło w odpowiedni sposób przetłumaczyć tych wszystkich uczuć i emocji, które małymi eksplozjami rozgrzewały twoje kruche wnętrze. Czyste, będące domem dla niezliczonej ilości gwiazd, oczarowujące bezśmiechem odbijającego się w nich nieba.
Pierwsze dni naszej znajomości pachniały zakwitającym wrzosem i przesiąknięte były szelestem rozkładających się na wilgotnej ziemi liści, a ostatnie niosły ze sobą metaliczną woń zabarwionej na czerwono wody i obudzone w chłodnym kawałku metalu refleksy, skradzione z głębi twoich tęczówek księżyce.
Światło rozlewające się po moim pokoju jeszcze nigdy nie było tak zimne jak właśnie teraz, kiedy wszystko było skończone, kiedy wszystkie wspomnienia zostały zamknięte w drewnianej szkatułce, a klucz schowano cały metr pod powierzchnią ziemi, przysypując stwardniałymi okruchami piachu. Każdy znajdujący się w zasięgu tych czterech ścian przedmiot zdaje się tęsknić za tobą i twoim delikatnym dotykiem, a opuszki moich palców nadal pamiętają niewidzialne dla ludzkiego oka ścieżki, znaczące każdy milimetr twojej porcelanowej skóry.
Wbrew pozorom nie czułem się porzucony, jedynie winny – winny tego, że tak mało wiedziałem, że tak łatwo dałem się oszukać, że smród rozkładającego się w tobie życia, smród rozkładającej się w tobie duszy przez tak długi czas pozostały przeze mnie niezauważone.
Odgłos kroków, które tamtego dnia głuchym echem odbijały się od ścian twojego pogrążonego w mroku mieszkania cały czas wypełnia moje uszy, przyprawiając o nieznośny ból głowy; miażdżąc gardło niewidzialnym imadłem uniemożliwia wydobycie z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
Nie płakałem, kiedy znalazłem twoje zimne ciało w wypełnionej zabarwioną na czerwono wodą wannie ani kiedy spojrzenie twoich martwych oczu napotkało moje. Nie uroniłem żadnej łzy, biorąc cię w ramiona, nie poczułem chłodu, który rozchodził się po moim organizmie, podczas gdy krople wody spływały z twoich mokrych ubrań, mocząc wszystko dookoła. Pamiętam jedynie rozprzestrzeniający się z zabójczą prędkością ból, pamiętam ciche trzaski rozpadającego się na miliony małych kawałeczków serca, pamiętam głuchy odgłos zachłystywania się powietrzem, które nie potrafiło odnaleźć drogi do wypełnionych paraliżem płuc. Zawieszony pomiędzy suchymi wydmami nienazwanych uczuć nie usłyszałem nawet rozpaczliwego krzyku twojej matki, który przeszył powietrze długo później.
Zadbałeś o to, by do samego końca wiedziała jeszcze mniej niż ja. Nie miała zielonego pojęcia o tym, że byłeś martwy na długo przed faktycznym pożegnaniem się z rzeczywistością, którą z każdym kolejnym dniem zdawałeś się znosić coraz gorzej.
Chociaż nigdy nie będzie mi dane zapytać, dlaczego zdecydowałeś się to zrobić, nie zamierzam ci niczego wypominać.
Po co bowiem otwierać drzwi, których nie dałoby się zamknąć?

___________________________________________________________

Od razu chciałabym przeprosić za opóźnienie, ale niestety gonią mnie nauka i próbne egzaminy, ostatnio mam nieco mniej czasu na pisanie, jednak staram się w miarę możliwości.
 Takie o to coś przyszło mi do głowy podczas słuchania in my room, a szkieletem całej miniaturki jest oczywiście tekst (osobiście wolę tłumaczenia angielskie i to na nich się opieram), czasami może być to widać. Cóż, mam też pomysł na naprawdę krótką miniaturę o długości zaledwie kilku akapitów, co najwięcej jednej strony, więc zapewne tego możecie się spodziewać w najbliższej przyszłości. 
Naprawdę nie wiem, co sądzić o tym oneshocie, więc opinię pozostawiam Wam. Mam nieco mieszane uczucia.
Dziękuję za komentarze pod prologiem do sacred, powoli zabieram się za rozdział pierwszy, aż sama życzę sobie powodzenia.
enjoy!
atmosphere

3 komentarze:

  1. Jestem~~!
    Angst, waewaewae T^T *smuci się, i i tak czyta, choć wywoła tym niechciany ból serca*
    Hm... pierwszy akapit... czy tylko mnie on się kojarzy z moim własnym opowiadaniem? Jeśli tak, to wybacz >.< musisz jednak przyznać, że coś w tym jest. Niemniej, metafora i tak szalenie mi się podoba, tutaj zastosowana w zupełnie innym kontekście.
    "In my room"... musisz wiedzieć, że szczerze uwielbiam tę piosenkę *-* dlatego też, cieszę się, że postanowiłaś ją przełożyć na język fanfiction. Podziwiam za umiejętność zobrazowania i tak daleko posuniętego rozwinięcia szajniakowych piosenek.
    Hm.. pisząc komentarze pod Twoimi postami zawsze mam pewien dylemat: kopiować ulubione fragmenty, czy nie kopiować? Jeśli wybrałabym pierwszą opcję, to moje komentarze urosłyby do niebotycznych rozmiarów. Z drugiej strony, jak nie przekleić tu czegoś tak pięknego:
    "Czułem się, jakbym codziennie budził się dla połowy błękitnego nieba; nieba, z którego bezpowrotnie zniknęło słońce i nieważne, ile gwiazd starałem się na nim umieścić, wiedziałem, że już na zawsze niektóre zakątki kołaczącego się pod moją klatką piersiową serca pozostaną zacienione i pokryte wiecznym, srebrzystym kurzem, błyszczącym się w nieprzeniknionych ciemnościach jak twoje spoglądające na mnie gdzieś z bardzo wysoka orzechowe oczy." ?
    I ta następująca zaraz potem personifikacja marzeń, eh... to też samo się prosi o przekopiowanie do komentarza T^T
    "(...)tak, jak tylko gwiazdy potrafią czekać, cierpliwie wypatrując nadejścia nocy, w której mogłyby lśnić." - to, i kolejny akapit o planetach... podoba mi się, że przez całe opowiadanie podtrzymujesz ten wątek, powracając do niego w różnych kontekstach.
    Słowko "bezśmiech" ! Jak ja kocham takie neologizmy, niczym u Leśmiana *-*
    Drewniana szkatułka, hm? >.< Czemu ja tu widzę tyle (nie wiem czy celowych) odwołań do moich marnych tekstów? Nie rozumiem.
    To o rozkładającej się duszy - mistrzoswo, uwielbiam Twoje metafory. A teksty, którymi nas raczysz są nimi naszpikowane. Rozkosz dla oczu, ból dla duszy, bo tyle smutku tchnie z tego opowiadania ;-;
    *idzie się dołować*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę Cię, nie mów o swoich tekstach, że są marne, uwielbiam je, zresztą nie tylko ja! Pisząc pierwszy akapit w sumie nie miałam w głowie żadnego Twojego tekstu, ale jak o tym powiedziałaś, to rzeczywiście wydaje mi się podobne, przepraszam, to nie było w żadnym wypadku celowe, naprawdę czysty przypadek. Co do szkatułki - bez bicia przyznaję, że zainspirowałam się tą Twoją przepiękną przenośnią, ale nie została tutaj użyta w tym samym sensie, ponieważ nie miałam na myśli trumny, ale po prostu szkatułki w słownikowej definicji tego słowa, jednak jeśli chcesz, bez problemu znajdę coś zamiennego ^^
      Magiczne słówko "bezśmiech" poznałam niedawno na polskim, właśnie w wierszu Leśmiana, więc po prostu nie mogłam się powstrzymać od użycia go tutaj, zakochałam się w jego wierszach, głównie dzięki temu słowu.
      Dziękuję za opinię, bardzo się cieszę, że moje metafory aż tak Ci się podobają, ja sama uważam je za nieco nierozgarnięte, bo często pojawiają się w mojej głowie bez żadnego uprzedzenia, kiedy np. jem śniadanie albo robię coś naprawdę bezsensownego... przepraszam jeszcze raz, jeżeli coś w moich tekstach przypomina coś Twojego lub jakiegokolwiek innego autora, po prostu inspiruje mnie każdy przeczytany przeze mnie tekst i dzięki każdemu mój styl trochę się zmienia, chłonę dosłownie wszystko (może to nawet i mały minus), jeju, mogłabym tak przepraszać za to godzinami ;___;
      Nie idziesz się dołować, ale pisać dalsze części CdA, to rozkaz .xx

      Usuń
    2. Nie mam Ci tych podobieństw za złe, musiałabym nie mieć serca, żeby psuć tę piękną harmonię, którą zbudowałaś. Sama nieraz mam z tym problem, kiedy coś wymyślę i nie jestem pewna czy to moja własna kreacja, czy raczej podszept czegoś, co już kiedyś widziałam/czytałam/słyszałam.
      Czemu mi rozkazujesz ;-; *wychodzi z dołu i idzie do Worda*
      ...

      Usuń