___________________________________________________________
autor: atmosphere
tytuł: in
my room
typ: shinee!au
gatunek: angst,
refleksje
paring: jongtae
długość:
miniaturka [shinee album series]
Nie
pamiętam żadnego konkretnego momentu, w którym uświadomiłem
sobie, że cierpię na bezsenność. Pod koniec stycznia budziłem
się już regularnie piętnaście po trzeciej, szeroko otwartymi
oczami wpatrując się w zawieszoną nade mną czerń sufitu, myślami
błądząc po rozciągającym się wysoko w górze niebie, pośród
oddalonych o setki kilometrów gwiazd wypatrując chociażby
najmniejszego śladu twojej obecności. Szukając zagubionego,
figlarnego błysku twoich oczu, który tamtego ponurego,
listopadowego poranka zabrałeś ze sobą w daleką samotną podróż,
pozostawiając po sobie uwięzione w czterech ścianach opustoszałego
pokoju wspomnienia.
W
pierwsze kilka dni po twoim odejściu nie nadawałem się do niczego,
czułem się jak wydrążona w środku kukła, matrioszka ze smutnym
uśmiechem na zobojętniałej twarzy. Nie chciałem wtedy widzieć
ludzi i nie chciałem, by ludzie widzieli mnie; bałem się, że
zobaczą jedynie pustą, kruchą skorupę, bałem się, że rozlecę
się na kawałki pod wpływem najdelikatniejszego dotyku.
Czułem się,
jakbym codziennie budził się dla połowy błękitnego nieba; nieba,
z którego bezpowrotnie zniknęło słońce i nieważne, ile gwiazd
starałem się na nim umieścić, wiedziałem, że już na zawsze
niektóre zakątki kołaczącego się pod moją klatką piersiową
serca pozostaną zacienione i pokryte wiecznym, srebrzystym kurzem,
błyszczącym się w nieprzeniknionych ciemnościach jak twoje
spoglądające na mnie gdzieś z bardzo wysoka orzechowe oczy.
Niezbadaną
ciemność mojego pokoju co noc przeszywają rozpaczliwy płacz i
świdrujące przestrzeń krzyki naszych zapomnianych, pochowanych
razem z tobą marzeń, które ulegały powolnemu rozkładowi pod
jedną z obluzowanych desek sypialni od kiedy tylko ostatnie
westchnienie opuściło twoje zaróżowione usta, wydając na nie
wyrok śmierci. Osierocone i niechciane z tęsknotą wypowiadają
twoje imię, które bezlitosnym echem odbija się w mojej głowie,
doprowadzając do szału.
Jestem zmęczony, a
wypełniające pustą przestrzeń pomiędzy upływającymi sekundami
chwile zapomnienia coraz rzadziej przynoszą jakąkolwiek ulgę;
zaczynam wariować.
Pamiętam, że
ludzie wytykali nas palcami i mówili, że nie powinniśmy być razem
– myślę, że byli w błędzie. Nie wiedzieli o nas kompletnie
nic, bardzo możliwe, że byliśmy dla nich jedynie pustymi zlepkami
liter; nie mieli pojęcia o rzeczach, które robiliśmy, nie mieli
pojęcia o milionach szeptanych „kocham cię”, nie mieli pojęcia
o tym, że czekaliśmy na siebie całe życie, tak, jak tylko gwiazdy
potrafią czekać, cierpliwie wypatrując nadejścia nocy, w której
mogłyby lśnić.
Jednak na tym
kończy się nasze podobieństwo do gwiazd; o wiele bardziej
przypominaliśmy planety – tak, byliśmy dwiema różnymi
planetami, które wciąż i wciąż się kręciły, dla których nie
przewidziano spotkania, które mimo nadludzkich wysiłków nie mogły
sięgnąć swoich rąk po tym, jak je rozdzielono.
Założę się, że
jeżeli by o tym wszystkim wiedzieli, byliby po prostu zazdrośni.
Nienawidziłem
siebie za niemożność uratowania twojego istnienia. Czułem się
całkowicie bezradny i nie miałem zielonego pojęcia, w jaki sposób
zapobiec takiemu obrotowi spraw, wywracającemu cały mój
dotychczasowy świat do góry nogami, nie miałem zielonego pojęcia,
w jaki sposób zapobiec nieubłaganie nadciągającemu huraganowi,
który pozostawił po sobie spustoszone pole przegranej przez nas
bitwy. Uzbrojeni w będącą naszą zgubą fałszywą nadzieję i
nigdy niewypłakane łzy nie mieliśmy żadnych szans.
Pamiętam twoje
oczy; twoje głębokie, orzechowe tęczówki, spowite mgłą
niewypowiedzianych myśli, tak jakby ukryte pod wątłą klatką
piersiową serce nie potrafiło w odpowiedni sposób przetłumaczyć
tych wszystkich uczuć i emocji, które małymi eksplozjami
rozgrzewały twoje kruche wnętrze. Czyste, będące domem dla
niezliczonej ilości gwiazd, oczarowujące bezśmiechem odbijającego
się w nich nieba.
Pierwsze dni naszej
znajomości pachniały zakwitającym wrzosem i przesiąknięte były
szelestem rozkładających się na wilgotnej ziemi liści, a ostatnie
niosły ze sobą metaliczną woń zabarwionej na czerwono wody i
obudzone w chłodnym kawałku metalu refleksy, skradzione z głębi
twoich tęczówek księżyce.
Światło
rozlewające się po moim pokoju jeszcze nigdy nie było tak zimne
jak właśnie teraz, kiedy wszystko było skończone, kiedy wszystkie
wspomnienia zostały zamknięte w drewnianej szkatułce, a klucz
schowano cały metr pod powierzchnią ziemi, przysypując
stwardniałymi okruchami piachu. Każdy znajdujący się w zasięgu
tych czterech ścian przedmiot zdaje się tęsknić za tobą i twoim
delikatnym dotykiem, a opuszki moich palców nadal pamiętają
niewidzialne dla ludzkiego oka ścieżki, znaczące każdy milimetr
twojej porcelanowej skóry.
Wbrew pozorom nie
czułem się porzucony, jedynie winny – winny tego, że tak mało
wiedziałem, że tak łatwo dałem się oszukać, że smród
rozkładającego się w tobie życia, smród rozkładającej się w
tobie duszy przez tak długi czas pozostały przeze mnie
niezauważone.
Odgłos kroków,
które tamtego dnia głuchym echem odbijały się od ścian twojego
pogrążonego w mroku mieszkania cały czas wypełnia moje uszy,
przyprawiając o nieznośny ból głowy; miażdżąc gardło
niewidzialnym imadłem uniemożliwia wydobycie z siebie
jakiegokolwiek dźwięku.
Nie płakałem,
kiedy znalazłem twoje zimne ciało w wypełnionej zabarwioną na
czerwono wodą wannie ani kiedy spojrzenie twoich martwych oczu
napotkało moje. Nie uroniłem żadnej łzy, biorąc cię w ramiona,
nie poczułem chłodu, który rozchodził się po moim organizmie,
podczas gdy krople wody spływały z twoich mokrych ubrań, mocząc
wszystko dookoła. Pamiętam jedynie rozprzestrzeniający się z
zabójczą prędkością ból, pamiętam ciche trzaski rozpadającego
się na miliony małych kawałeczków serca, pamiętam głuchy odgłos
zachłystywania się powietrzem, które nie potrafiło odnaleźć
drogi do wypełnionych paraliżem płuc. Zawieszony pomiędzy
suchymi wydmami nienazwanych uczuć nie usłyszałem nawet
rozpaczliwego krzyku twojej matki, który przeszył powietrze długo
później.
Zadbałeś o to, by
do samego końca wiedziała jeszcze mniej niż ja. Nie miała
zielonego pojęcia o tym, że byłeś martwy na długo przed
faktycznym pożegnaniem się z rzeczywistością, którą z każdym
kolejnym dniem zdawałeś się znosić coraz gorzej.
Chociaż nigdy nie
będzie mi dane zapytać, dlaczego zdecydowałeś się to zrobić,
nie zamierzam ci niczego wypominać.
Po co bowiem
otwierać drzwi, których nie dałoby się zamknąć?
___________________________________________________________
Od razu chciałabym przeprosić za opóźnienie, ale niestety gonią mnie nauka i próbne egzaminy, ostatnio mam nieco mniej czasu na pisanie, jednak staram się w miarę możliwości.
Takie o to coś przyszło mi do głowy podczas słuchania in my room, a szkieletem całej miniaturki jest oczywiście tekst (osobiście wolę tłumaczenia angielskie i to na nich się opieram), czasami może być to widać. Cóż, mam też pomysł na naprawdę krótką miniaturę o długości zaledwie kilku akapitów, co najwięcej jednej strony, więc zapewne tego możecie się spodziewać w najbliższej przyszłości.
Naprawdę nie wiem, co sądzić o tym oneshocie, więc opinię pozostawiam Wam. Mam nieco mieszane uczucia.
Dziękuję za komentarze pod prologiem do sacred, powoli zabieram się za rozdział pierwszy, aż sama życzę sobie powodzenia.
enjoy!
atmosphere
Jestem~~!
OdpowiedzUsuńAngst, waewaewae T^T *smuci się, i i tak czyta, choć wywoła tym niechciany ból serca*
Hm... pierwszy akapit... czy tylko mnie on się kojarzy z moim własnym opowiadaniem? Jeśli tak, to wybacz >.< musisz jednak przyznać, że coś w tym jest. Niemniej, metafora i tak szalenie mi się podoba, tutaj zastosowana w zupełnie innym kontekście.
"In my room"... musisz wiedzieć, że szczerze uwielbiam tę piosenkę *-* dlatego też, cieszę się, że postanowiłaś ją przełożyć na język fanfiction. Podziwiam za umiejętność zobrazowania i tak daleko posuniętego rozwinięcia szajniakowych piosenek.
Hm.. pisząc komentarze pod Twoimi postami zawsze mam pewien dylemat: kopiować ulubione fragmenty, czy nie kopiować? Jeśli wybrałabym pierwszą opcję, to moje komentarze urosłyby do niebotycznych rozmiarów. Z drugiej strony, jak nie przekleić tu czegoś tak pięknego:
"Czułem się, jakbym codziennie budził się dla połowy błękitnego nieba; nieba, z którego bezpowrotnie zniknęło słońce i nieważne, ile gwiazd starałem się na nim umieścić, wiedziałem, że już na zawsze niektóre zakątki kołaczącego się pod moją klatką piersiową serca pozostaną zacienione i pokryte wiecznym, srebrzystym kurzem, błyszczącym się w nieprzeniknionych ciemnościach jak twoje spoglądające na mnie gdzieś z bardzo wysoka orzechowe oczy." ?
I ta następująca zaraz potem personifikacja marzeń, eh... to też samo się prosi o przekopiowanie do komentarza T^T
"(...)tak, jak tylko gwiazdy potrafią czekać, cierpliwie wypatrując nadejścia nocy, w której mogłyby lśnić." - to, i kolejny akapit o planetach... podoba mi się, że przez całe opowiadanie podtrzymujesz ten wątek, powracając do niego w różnych kontekstach.
Słowko "bezśmiech" ! Jak ja kocham takie neologizmy, niczym u Leśmiana *-*
Drewniana szkatułka, hm? >.< Czemu ja tu widzę tyle (nie wiem czy celowych) odwołań do moich marnych tekstów? Nie rozumiem.
To o rozkładającej się duszy - mistrzoswo, uwielbiam Twoje metafory. A teksty, którymi nas raczysz są nimi naszpikowane. Rozkosz dla oczu, ból dla duszy, bo tyle smutku tchnie z tego opowiadania ;-;
*idzie się dołować*
Proszę Cię, nie mów o swoich tekstach, że są marne, uwielbiam je, zresztą nie tylko ja! Pisząc pierwszy akapit w sumie nie miałam w głowie żadnego Twojego tekstu, ale jak o tym powiedziałaś, to rzeczywiście wydaje mi się podobne, przepraszam, to nie było w żadnym wypadku celowe, naprawdę czysty przypadek. Co do szkatułki - bez bicia przyznaję, że zainspirowałam się tą Twoją przepiękną przenośnią, ale nie została tutaj użyta w tym samym sensie, ponieważ nie miałam na myśli trumny, ale po prostu szkatułki w słownikowej definicji tego słowa, jednak jeśli chcesz, bez problemu znajdę coś zamiennego ^^
UsuńMagiczne słówko "bezśmiech" poznałam niedawno na polskim, właśnie w wierszu Leśmiana, więc po prostu nie mogłam się powstrzymać od użycia go tutaj, zakochałam się w jego wierszach, głównie dzięki temu słowu.
Dziękuję za opinię, bardzo się cieszę, że moje metafory aż tak Ci się podobają, ja sama uważam je za nieco nierozgarnięte, bo często pojawiają się w mojej głowie bez żadnego uprzedzenia, kiedy np. jem śniadanie albo robię coś naprawdę bezsensownego... przepraszam jeszcze raz, jeżeli coś w moich tekstach przypomina coś Twojego lub jakiegokolwiek innego autora, po prostu inspiruje mnie każdy przeczytany przeze mnie tekst i dzięki każdemu mój styl trochę się zmienia, chłonę dosłownie wszystko (może to nawet i mały minus), jeju, mogłabym tak przepraszać za to godzinami ;___;
Nie idziesz się dołować, ale pisać dalsze części CdA, to rozkaz .xx
Nie mam Ci tych podobieństw za złe, musiałabym nie mieć serca, żeby psuć tę piękną harmonię, którą zbudowałaś. Sama nieraz mam z tym problem, kiedy coś wymyślę i nie jestem pewna czy to moja własna kreacja, czy raczej podszept czegoś, co już kiedyś widziałam/czytałam/słyszałam.
UsuńCzemu mi rozkazujesz ;-; *wychodzi z dołu i idzie do Worda*
...