__________________________________________________________
autor:
atmosphere
tytuł:
shinee world
typ:
shinee nie au
gatunek:
fluff
paring:
2min
długość:
miniaturka [shinee album
series]
__________________________________________________________
Pierwsze tony płynącej ze słuchawek muzyki rozbrzmiały w moich
uszach, z każdą kolejną sekundą coraz głośniejsze, wypełniając
całą otaczającą mnie ciemność i zabierając ze sobą wszystkie
osiadłe na sercu myśli, które w tamtej chwili nie miały
najmniejszego znaczenia; pozostawiając jedynie dźwięczną pustkę,
przynosząc długo wyczekiwane ukojenie, pozwalając zatracić się w
niebezpiecznie szybko pędzącym nurcie nut, zabierając do ukrytego
za cichym strumieniem linii melodycznej świata, którego granice
wyznaczały oddalone o setki kilometrów bezimienne gwiazdy świecące
jasno na samym krańcu nieba.
Rozciągający się przede mną ocean twarzy jeszcze nigdy nie
wydawał być się tak bliski, tak jakby granica pomiędzy sceną i
płytą stadionu zniknęła całkowicie, rozpływając się w
gorącym, ciężkim powietrzu. Pomimo ogłuszającego hałasu
doskonale słyszałem własne serce, boleśnie kołaczące o unoszącą
się w nierównym tempie klatkę piersiową oraz szum płynącej w
żyłach krwi, teraz wymieszanej z buzującą we mnie adrenaliną i
muzyką, od której dudnienia drżała cała scena.
Mój wzrok powędrował w stronę ostatniego rzędu miejsc
pogrążonego w powoli rozjaśnianej przez jasne światła
reflektorów ciemności stadionu, pragnąc chociaż na ułamek
sekundy objąć spojrzeniem przytłaczający ogrom hali.
Nie pamiętam żadnego konkretnego momentu, w którym ostatnie
pojedyncze nuty linii melodycznej wybrzmiały w moich uszach, a potem
następne i kolejne, przesyłając do moich mięśni ledwie
zauważalny impuls, który wprawił je w ruch. W ciągu tych kilku
długich minut nie czułem praktycznie nic oprócz spływających z
czoła strużek potu, zamieniając się w poruszaną przez
niewidzialne sznurki marionetkę.
Bardzo
dobrze pamiętam gorące uderzenie szczęścia podczas koncertu w
Hiroszimie, rozchodzące się po moim ciele razem z wypełniającym
płuca krzykiem, kiedy po raz pierwszy ogłosiliśmy koncert w Tokyo
Dome. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie było to żadnym
snem ani wytworem wyobraźni, lecz działo się naprawdę.
Oddychałem stłoczonym na stadionie powietrzem i mogłem dotknąć
rozciągającej się pod moimi stopami sceny, w razie gdybym pozwolił
sobie na chwilę zwątpienia i potrzebował namacalnego dowodu naszej
obecności właśnie w tym miejscu.
– Minho –
cichy szept rozbrzmiał przy moim uchu, pomimo panującego dookoła
mnie rozgardiaszu brzmiąc bardzo wyraźnie. Odwróciłem głowę,
zderzając się z utkwionym we mnie spojrzeniem młodszego chłopaka.
– Możesz w to uwierzyć, hyung?
– Nie –
odpowiedziałem bez namysłu całkowicie szczerze, a po chwili obraz
rozciągający się przed moimi oczami zaczął tracić ostrość,
kontury twarzy maknae z każdą kolejną sekundą stawały się coraz
mniej wyraźne. – Taemin-ah, tyle na to czekaliśmy, prawda?
Pokiwał
głową, uśmiechając się z czułością i przecierając moją
twarz swoim ręcznikiem.
– Nie
płacz – mruknął pod nosem nieśmiało – bo i ja zacznę, a to
byłby mój koniec.
Niezdarnymi
palcami chwycił moją spoconą dłoń, splatając w ciepłym
uścisku, a potem zaczął iść w stronę głównej części sceny,
ignorując rozciągający się za nami ekran, na którym rysowały
się nasze złączone ręce. Jego śmiech niczym miliony małych
dzwoneczków wypełniał moje uszy, napełniając błogim poczuciem
bezpieczeństwa i nadając bliskości drugiego ciała kształt czegoś
niezbędnego do dalszego funkcjonowania; ten chłopak był moimi
płucami, moim sercem i uśmiechem, moimi oczami, w których odbijały
się zawieszone na bezkresie czarnego nieba gwiazdy.
Kiedy
stadion po raz kolejny zatonął w nieprzeniknionych ciemnościach
rozjaśnianych jedynie przez morską łunę, która sączyła się z
tysięcy dryfujących po morzu twarzy lightsticków, a z głośników
zaczęły płynąć pierwsze takty Picasso, poczułem
wysuwającą się z mojego uścisku dłoń i naznaczoną
nieobecnością maknae przestrzeń wokół mnie. Oblizałem wargi,
zwilżając wyschnięte gardło i kierując się w ustalone podczas
morderczych treningów miejsce, przygotowując rozgrzane mięśnie do
ponownego wysiłku. Gubiłem rytm, starając się wyrzucić z głowy
wspomnienie niewinnego śmiechu młodszego chłopaka, przez które
uginały się pode mną kolana, nie robiąc sobie nawet nadziei na
to, że jakimś cudem umknie to jego uwadze.
Jedną z
wielu rzeczy, które w nim nienawidziłem, był jego głos –
hipnotyzujący i przyciągający jak magnes, czasami lekko ochrypły
od zbyt dużej ilości nagrań w studio, ale zawsze ten sam, w
którego brzmieniu tonąłem, odsuwając od siebie wyciągające ku
mnie pomocną dłoń ręce, byleby tylko móc zatracić się w nim na
dobre i jeszcze raz uzależnić.
Drugą były
usta – różane i pełne, kuszące minimalnym zakrzywieniem dolnej
wargi, rozciągające się w niepewnym uśmiechu wraz z każdym
spoczywającym na mnie spojrzeniem nieśmiałych oczu, zwilżane
odrobiną śliny zawsze, gdy przebiegał po nich samym koniuszkiem
języka; tańczące na nim moje imię brzmiało niczym cicha
modlitwa, delikatnie pieszczone przez jego ruchy.
Mimo
wszystko to oczy stanowiły największy problem – dwie bezdenne
galaktyki, smoliście czarne, w promieniach porannego słońca
przybierające odcień płynnego złota i niewinnie czyste,
stanowiące dom dla niezliczonej ilości gwiazd i planet; będące
jednocześnie moim niebem, czyśćcem i piekłem, moim przekleństwem.
Nie
pamiętam żadnego konkretnego momentu, w którym jego dłoń znowu
odnalazła tą moją, stapiając się w jedno, a mokre kosmyki włosów
spoczęły na zagłębieniu szyi, łaskocząc ukryte pod materiałem
koszulki obojczyki. Nie miałem zielonego pojęcia, czy moje serce
bije w tak nierównym tempie z powodu panującego na hali gorąca czy
tak właśnie działa na mnie jego obecność, czy tak właśnie
działa to przeklęte uczucie na „m”, którego nazwa, chociaż
często goszcząca w mojej głowie, była dziwnie obca i
nieprzyjemna, gdy wypełniała usta, pragnąc zawładnąć językiem
i wydostać się na zewnątrz.
–
Taemin-ah? – odezwałem się, gładząc kciukiem wierzch jego
dłoni.
– Hmm...?
– odpowiedział sennie, wpatrując się w leżącą na scenie pustą
butelkę po wodzie mineralnej i tańczące na powierzchni plastiku
refleksy, wywoływane rażącym światłem płynącym z jednego z
reflektorów.
– Jesteś
szczęśliwy? – zapytałem szeptem.
–
Dlaczego pytasz, hyung? – mruknął z ożywieniem, przenosząc na
mnie spojrzenie roziskrzonych oczu, jednak chwilę później się
zreflektował, odpowiadając nieco głośniej: – Nie wiem, nigdy
się nie zastanawiałem, ale...
Nie dane
było mi się dowiedzieć, jakie słowa kryły się za tym nerwowo
wypowiedzianym „ale”, gdyż w tym samym momencie czyjaś sylwetka
mignęła mi przed oczami, zabierając razem ze sobą maknae i
pozostawiając mnie na pastwę losu samego pośrodku wielkiej sceny.
Rozejrzałem się zdezorientowany, szukając mojej małej zguby,
którą objęły w posiadanie ramiona szepczącego mu coś na ucho
Kibuma. Ciche westchnienie opuściło moje usta, wykrzywiając się w
szerokim uśmiechu pomimo rozrywającego, przeszywającego serce
bólu, tak jakby młodszy chłopak już na zawsze miał pozostać
poza zasięgiem moich pragnących jego dotyku dłoni.
– Jesteś
żałosny.
–
Jonghyun-ah, czy ty przypadkiem nie powinieneś teraz śpiewać? –
rzuciłem przez ramię, próbując pozbyć się dinozaurzego natręta.
–
Zanudzasz go na śmierć tymi dziecinnymi podchodami i trzymaniem się
za rączki, Minho. To już trwa ponad pięć lat, weź wreszcie rusz
dupę po tego cholernego pilota i przełącz program na coś
ciekawszego, bo jeszcze trochę i z mojego mózgu nie pozostanie nic
oprócz różowej galaretki, serio, ile razy można oglądać to
samo? – zdążyłem usłyszeć po swojej lewej stronie, zanim
niebieska poświata płynąca gdzieś ze szczytu konstrukcji
pochłonęła go całkowicie, usuwając z mojego pola widzenia, teraz
zawężonego do biegającego pomiędzy swoimi hyungami maknae.
– Jesteś
idiotą, Jonghyun-ah – powiedziałem sam do siebie, nie chcąc
przyznać mu racji.
Westchnąłem,
stawiając kilka kroków do przodu i starając się wyglądać na
bardziej zainteresowanego dziejącymi się na scenie rzeczami niż
rzeczywiście byłem. Unikając wzroku tego jasnowłosego krasnala,
który zniknął gdzieś poniżej poziomu sceny, podchodząc bliżej
fanów, udało mi się dotrzeć aż pod sam wielki ekran, teraz
pokazujący moją sylwetkę. Wzruszając ramionami zacząłem
rozglądać się za kruczoczarną czupryną, mając cichą nadzieję
na odnalezienie jej przed ponowną wymianą zdań z dinozaurem.
Nie
należałem do osób, które chętnie przyznawały rację innym,
jednak nie mogłem się nie zgodzić ze słowami hyunga: to wszystko
trwało już stanowczo za długo i trzeba było w jakiś sposób
ruszyć do przodu, odważyć się na dotknięcie tego cholernego
pilota, który zakurzony od pięciu lat leżał cały czas w jednym i
tym samym miejscu i mimo że nie był używany, baterie się
wyczerpywały.
Odwróciłem
się, słysząc za sobą głośny, dziewczęcy pisk, dochodzący
gdzieś z przeciwległego końca sceny, a którego źródłem była
poszukiwana przeze mnie kruczoczarna czupryna; chwilę później
gorące ciało maknae zderzyło się z moim, zwalając na ziemię z
ledwie słyszalnym jękiem bólu.
–
Taemin-ah, wszystko w porządku? – zapytałem zanim jeszcze
zdążyłem otworzyć oczy, zamknięte pod wpływem nagłego impulsu.
– Taemin-ah?
Chłopak
przygniatał mnie do zakurzonej powierzchni sceny, próbując
zapanować nad oddechem, a ręcznik, który zsunął mu się z
rozgrzanych, nagich ramion, niczym gruba kurtyna ogradzał nasze
twarze od wielu par skierowanych na nas oczu.
Kosmyki
jego mokrych od potu włosów zawisły mi nad twarzą, przyjemnie
łaskocząc w policzki, a roziskrzone spojrzenie uważnie obserwowało
moją reakcję, gdy pochylił się, by czubkiem swojego nosa trącić
ten należący do mnie; jego rozchylone usta ułożyły się w
szeroki uśmiech, a ledwie słyszalny śmiech dotarł do moich uszu,
wypełniając sobą skradziony przez nas fragment świata, którego
granice stanowił jedynie materiał ręcznika.
Chwilę
potem jego niedoświadczone wargi odnalazły te moje, językiem
prosząc o nieme przyzwolenie na dalszy ruch; niewiele myśląc
naparłem na nie z przesadną delikatnością, dokładnie badając
ciągnące się na dole zakrzywienie i otwierając się na dotyk ust
chłopaka, które z nieśmiałością posuwały się coraz dalej i
dalej, odkrywając dotychczas nieznane fragmenty mojego podniebienia.
Ciche westchnięcie przelało się na nierówną powierzchnię mojego
uwięzionego przez należące do niego wargi języka, echem
rozbrzmiewając w skołatanej głowie, w której zaczęły wybuchać
mi pierwsze sztuczne ognie, tworząc na czarnym tle zamkniętych
powiek niesamowity pokaz kształtów i barw, z ukrytym na samym końcu
świadomości ósmym kolorem tęczy.
Trwaliśmy
przy sobie, ciesząc się chwilą bliskości i wreszcie zaspokojonego
pragnienia, obejmując w posiadanie swoje mokre wargi i podpisując
je subtelnymi ruchami splecionych ze sobą języków, które tańczyły
do rytmu naszych kołaczących się serc. Gubiliśmy wątek,
pozwalając spuchniętym od ciągnących się w nieskończoność
pocałunków ustom żyć własnym życiem, a potem, zmęczeni ich
swawolą, odnajdywaliśmy się, rozpoczynając nowy akapit naszego
pamiętnika, nie dokończywszy nawet poprzedniego; stawialiśmy
przecinki tam, gdzie trzeźwo myśląc umieścilibyśmy kropkę lub
chociaż średnik, kończyliśmy w pół słowa nieme dialogi naszych
języków i ruchem warg nadawaliśmy nowy sens istniejącym już
metaforom, a wszystko to jedynie po to, by na sam koniec móc z
grzeszną satysfakcją skreślić cały napisany wspólnymi siłami
rozdział celem stworzenia go od nowa.
Nie mam
zielonego pojęcia, jak długo tkwiliśmy w stanie błogiego
zawieszenia, smakując się nawzajem, całując tak, jakby ten
pierwszy raz miał być naszym ostatnim. Być może trwało to
zaledwie kilka sekund albo minut i być może na znajdującym się za
naszymi głowami ekranie przez cały ten czas rysował się
przykrywający nas ręcznik – nie pytałem.
Pamiętam
jedynie odgłos naszych przyspieszonych oddechów, który wtedy
wypełniał moje uszy.
Jestem~~! Tak bardzo spóźniona ;-; wybacz, przeczytałam już na drugi dzień po wstawieniu, ale to było tuż przed wyjściem do szkoły, i nie miałam czasu skomentować.
OdpowiedzUsuńOkej... 2MIN <3 a do tego FLUFF <3 moje feelsy od razu zaczęły szaleć z radości. Wiesz co... mam coraz większy problem z komentowaniem Twoich dzieł. Dochodzę do wniosku, że za każdym razem tak bardzo Ci słodzę, że moje komentarze przestają mieć jakąkolwiek wartość ;-; ale z drugiej strony... chyba jeden napalony czytelnik jarający się każdym Twoim zdaniem Ci nie zaszkodzi, hm?
No dobra, przejdę już do rzeczy... TEN OPIS POCAŁUNKU, omgomgomg, umarłam ;-; Zajął Ci kilka akapitów i jest po prostu idealny, nie mogę wyjść z podziwu *-* już nie mówiąc o tym, jak wiele feelsów mnie kosztował =.= no ale te metafory, matko, rozpływam się ;-; cały tekst był urzekający w swojej słodyczy i czarujący ciekawym dobirem słów, ale ten pocałunek, ughhhh~~
Okej... muszę Cię przeprosić za ten bełkotliwy komentarz, ale nie mam dzisiaj (ani wczoraj, ani przedwczoraj) weny na komentowanie. Doszłam jednak do wniosku, że coś tu naskrobać koniecznie muszę, bo tak bardzo na to zasługujesz. Wybacz mi ;-;
ps. Jonghyun taki do przodu xD
Pozdrawiam ~~<3
Nie chcę wyjść na zapatrzonego w siebie bałwana, ale sama zachwycam się tą sceną pocałunku, omg uwielbiam ją, przeżywałam nawet "lekki" fangirling, kiedy ją skończyłam ;___;
UsuńCieszę się, że Ci się podoba ^^;; Nie pamiętam, kiedy ostatnio pisało mi się tak lekko, omg, zwykle oneshoty zajmują mi kilka dni a nie kilka godzin, także jestem z siebie dodatkowo mega dumna T__T Wracam chyba do formy!
Jonghyun bardzo się troszczy o swoich przyjaciół, nie mógł przegapić okazji, by któremuś z nich pomóc, taki wspaniałomyślny hyung <3
Spokojnie, słódź mi bez obaw, nie obrażam się! I Twoje komentarze wbrew temu, co myślisz, mają baardzo dużą wartość ^^
A teraz lecę komentować do Ciebie, o matko 2min ;_____; *zgon*
Witaj, to znów ja~~! Nominowałam Cię do Libster Award, jeśli masz ochotę wziąć udział, to u mnie na blogu znajdziesz szczegółowe informacje. Jeśli nie - daj znać, mogę zmienić nominację na kogo innego ^.^ Pozdrawiam ~~<3
Usuń