poniedziałek, 26 stycznia 2015

shinee album series: shinee world

__________________________________________________________
autor: atmosphere
tytuł: shinee world
typ: shinee nie au
gatunek: fluff
paring: 2min
długość: miniaturka [shinee album series]
__________________________________________________________

Pierwsze tony płynącej ze słuchawek muzyki rozbrzmiały w moich uszach, z każdą kolejną sekundą coraz głośniejsze, wypełniając całą otaczającą mnie ciemność i zabierając ze sobą wszystkie osiadłe na sercu myśli, które w tamtej chwili nie miały najmniejszego znaczenia; pozostawiając jedynie dźwięczną pustkę, przynosząc długo wyczekiwane ukojenie, pozwalając zatracić się w niebezpiecznie szybko pędzącym nurcie nut, zabierając do ukrytego za cichym strumieniem linii melodycznej świata, którego granice wyznaczały oddalone o setki kilometrów bezimienne gwiazdy świecące jasno na samym krańcu nieba.
Rozciągający się przede mną ocean twarzy jeszcze nigdy nie wydawał być się tak bliski, tak jakby granica pomiędzy sceną i płytą stadionu zniknęła całkowicie, rozpływając się w gorącym, ciężkim powietrzu. Pomimo ogłuszającego hałasu doskonale słyszałem własne serce, boleśnie kołaczące o unoszącą się w nierównym tempie klatkę piersiową oraz szum płynącej w żyłach krwi, teraz wymieszanej z buzującą we mnie adrenaliną i muzyką, od której dudnienia drżała cała scena.
Mój wzrok powędrował w stronę ostatniego rzędu miejsc pogrążonego w powoli rozjaśnianej przez jasne światła reflektorów ciemności stadionu, pragnąc chociaż na ułamek sekundy objąć spojrzeniem przytłaczający ogrom hali.
Nie pamiętam żadnego konkretnego momentu, w którym ostatnie pojedyncze nuty linii melodycznej wybrzmiały w moich uszach, a potem następne i kolejne, przesyłając do moich mięśni ledwie zauważalny impuls, który wprawił je w ruch. W ciągu tych kilku długich minut nie czułem praktycznie nic oprócz spływających z czoła strużek potu, zamieniając się w poruszaną przez niewidzialne sznurki marionetkę.
Bardzo dobrze pamiętam gorące uderzenie szczęścia podczas koncertu w Hiroszimie, rozchodzące się po moim ciele razem z wypełniającym płuca krzykiem, kiedy po raz pierwszy ogłosiliśmy koncert w Tokyo Dome. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie było to żadnym snem ani wytworem wyobraźni, lecz działo się naprawdę. Oddychałem stłoczonym na stadionie powietrzem i mogłem dotknąć rozciągającej się pod moimi stopami sceny, w razie gdybym pozwolił sobie na chwilę zwątpienia i potrzebował namacalnego dowodu naszej obecności właśnie w tym miejscu.
– Minho – cichy szept rozbrzmiał przy moim uchu, pomimo panującego dookoła mnie rozgardiaszu brzmiąc bardzo wyraźnie. Odwróciłem głowę, zderzając się z utkwionym we mnie spojrzeniem młodszego chłopaka. – Możesz w to uwierzyć, hyung?
– Nie – odpowiedziałem bez namysłu całkowicie szczerze, a po chwili obraz rozciągający się przed moimi oczami zaczął tracić ostrość, kontury twarzy maknae z każdą kolejną sekundą stawały się coraz mniej wyraźne. – Taemin-ah, tyle na to czekaliśmy, prawda?
Pokiwał głową, uśmiechając się z czułością i przecierając moją twarz swoim ręcznikiem.
– Nie płacz – mruknął pod nosem nieśmiało – bo i ja zacznę, a to byłby mój koniec.
Niezdarnymi palcami chwycił moją spoconą dłoń, splatając w ciepłym uścisku, a potem zaczął iść w stronę głównej części sceny, ignorując rozciągający się za nami ekran, na którym rysowały się nasze złączone ręce. Jego śmiech niczym miliony małych dzwoneczków wypełniał moje uszy, napełniając błogim poczuciem bezpieczeństwa i nadając bliskości drugiego ciała kształt czegoś niezbędnego do dalszego funkcjonowania; ten chłopak był moimi płucami, moim sercem i uśmiechem, moimi oczami, w których odbijały się zawieszone na bezkresie czarnego nieba gwiazdy.
Kiedy stadion po raz kolejny zatonął w nieprzeniknionych ciemnościach rozjaśnianych jedynie przez morską łunę, która sączyła się z tysięcy dryfujących po morzu twarzy lightsticków, a z głośników zaczęły płynąć pierwsze takty Picasso, poczułem wysuwającą się z mojego uścisku dłoń i naznaczoną nieobecnością maknae przestrzeń wokół mnie. Oblizałem wargi, zwilżając wyschnięte gardło i kierując się w ustalone podczas morderczych treningów miejsce, przygotowując rozgrzane mięśnie do ponownego wysiłku. Gubiłem rytm, starając się wyrzucić z głowy wspomnienie niewinnego śmiechu młodszego chłopaka, przez które uginały się pode mną kolana, nie robiąc sobie nawet nadziei na to, że jakimś cudem umknie to jego uwadze.
Jedną z wielu rzeczy, które w nim nienawidziłem, był jego głos – hipnotyzujący i przyciągający jak magnes, czasami lekko ochrypły od zbyt dużej ilości nagrań w studio, ale zawsze ten sam, w którego brzmieniu tonąłem, odsuwając od siebie wyciągające ku mnie pomocną dłoń ręce, byleby tylko móc zatracić się w nim na dobre i jeszcze raz uzależnić.
Drugą były usta – różane i pełne, kuszące minimalnym zakrzywieniem dolnej wargi, rozciągające się w niepewnym uśmiechu wraz z każdym spoczywającym na mnie spojrzeniem nieśmiałych oczu, zwilżane odrobiną śliny zawsze, gdy przebiegał po nich samym koniuszkiem języka; tańczące na nim moje imię brzmiało niczym cicha modlitwa, delikatnie pieszczone przez jego ruchy.
Mimo wszystko to oczy stanowiły największy problem – dwie bezdenne galaktyki, smoliście czarne, w promieniach porannego słońca przybierające odcień płynnego złota i niewinnie czyste, stanowiące dom dla niezliczonej ilości gwiazd i planet; będące jednocześnie moim niebem, czyśćcem i piekłem, moim przekleństwem.
Nie pamiętam żadnego konkretnego momentu, w którym jego dłoń znowu odnalazła tą moją, stapiając się w jedno, a mokre kosmyki włosów spoczęły na zagłębieniu szyi, łaskocząc ukryte pod materiałem koszulki obojczyki. Nie miałem zielonego pojęcia, czy moje serce bije w tak nierównym tempie z powodu panującego na hali gorąca czy tak właśnie działa na mnie jego obecność, czy tak właśnie działa to przeklęte uczucie na „m”, którego nazwa, chociaż często goszcząca w mojej głowie, była dziwnie obca i nieprzyjemna, gdy wypełniała usta, pragnąc zawładnąć językiem i wydostać się na zewnątrz.
– Taemin-ah? – odezwałem się, gładząc kciukiem wierzch jego dłoni.
– Hmm...? – odpowiedział sennie, wpatrując się w leżącą na scenie pustą butelkę po wodzie mineralnej i tańczące na powierzchni plastiku refleksy, wywoływane rażącym światłem płynącym z jednego z reflektorów.
– Jesteś szczęśliwy? – zapytałem szeptem.
– Dlaczego pytasz, hyung? – mruknął z ożywieniem, przenosząc na mnie spojrzenie roziskrzonych oczu, jednak chwilę później się zreflektował, odpowiadając nieco głośniej: – Nie wiem, nigdy się nie zastanawiałem, ale...
Nie dane było mi się dowiedzieć, jakie słowa kryły się za tym nerwowo wypowiedzianym „ale”, gdyż w tym samym momencie czyjaś sylwetka mignęła mi przed oczami, zabierając razem ze sobą maknae i pozostawiając mnie na pastwę losu samego pośrodku wielkiej sceny. Rozejrzałem się zdezorientowany, szukając mojej małej zguby, którą objęły w posiadanie ramiona szepczącego mu coś na ucho Kibuma. Ciche westchnienie opuściło moje usta, wykrzywiając się w szerokim uśmiechu pomimo rozrywającego, przeszywającego serce bólu, tak jakby młodszy chłopak już na zawsze miał pozostać poza zasięgiem moich pragnących jego dotyku dłoni.
– Jesteś żałosny.
– Jonghyun-ah, czy ty przypadkiem nie powinieneś teraz śpiewać? – rzuciłem przez ramię, próbując pozbyć się dinozaurzego natręta.
– Zanudzasz go na śmierć tymi dziecinnymi podchodami i trzymaniem się za rączki, Minho. To już trwa ponad pięć lat, weź wreszcie rusz dupę po tego cholernego pilota i przełącz program na coś ciekawszego, bo jeszcze trochę i z mojego mózgu nie pozostanie nic oprócz różowej galaretki, serio, ile razy można oglądać to samo? – zdążyłem usłyszeć po swojej lewej stronie, zanim niebieska poświata płynąca gdzieś ze szczytu konstrukcji pochłonęła go całkowicie, usuwając z mojego pola widzenia, teraz zawężonego do biegającego pomiędzy swoimi hyungami maknae.
– Jesteś idiotą, Jonghyun-ah – powiedziałem sam do siebie, nie chcąc przyznać mu racji.
Westchnąłem, stawiając kilka kroków do przodu i starając się wyglądać na bardziej zainteresowanego dziejącymi się na scenie rzeczami niż rzeczywiście byłem. Unikając wzroku tego jasnowłosego krasnala, który zniknął gdzieś poniżej poziomu sceny, podchodząc bliżej fanów, udało mi się dotrzeć aż pod sam wielki ekran, teraz pokazujący moją sylwetkę. Wzruszając ramionami zacząłem rozglądać się za kruczoczarną czupryną, mając cichą nadzieję na odnalezienie jej przed ponowną wymianą zdań z dinozaurem.
Nie należałem do osób, które chętnie przyznawały rację innym, jednak nie mogłem się nie zgodzić ze słowami hyunga: to wszystko trwało już stanowczo za długo i trzeba było w jakiś sposób ruszyć do przodu, odważyć się na dotknięcie tego cholernego pilota, który zakurzony od pięciu lat leżał cały czas w jednym i tym samym miejscu i mimo że nie był używany, baterie się wyczerpywały.
Odwróciłem się, słysząc za sobą głośny, dziewczęcy pisk, dochodzący gdzieś z przeciwległego końca sceny, a którego źródłem była poszukiwana przeze mnie kruczoczarna czupryna; chwilę później gorące ciało maknae zderzyło się z moim, zwalając na ziemię z ledwie słyszalnym jękiem bólu.
– Taemin-ah, wszystko w porządku? – zapytałem zanim jeszcze zdążyłem otworzyć oczy, zamknięte pod wpływem nagłego impulsu. – Taemin-ah?
Chłopak przygniatał mnie do zakurzonej powierzchni sceny, próbując zapanować nad oddechem, a ręcznik, który zsunął mu się z rozgrzanych, nagich ramion, niczym gruba kurtyna ogradzał nasze twarze od wielu par skierowanych na nas oczu.
Kosmyki jego mokrych od potu włosów zawisły mi nad twarzą, przyjemnie łaskocząc w policzki, a roziskrzone spojrzenie uważnie obserwowało moją reakcję, gdy pochylił się, by czubkiem swojego nosa trącić ten należący do mnie; jego rozchylone usta ułożyły się w szeroki uśmiech, a ledwie słyszalny śmiech dotarł do moich uszu, wypełniając sobą skradziony przez nas fragment świata, którego granice stanowił jedynie materiał ręcznika.
Chwilę potem jego niedoświadczone wargi odnalazły te moje, językiem prosząc o nieme przyzwolenie na dalszy ruch; niewiele myśląc naparłem na nie z przesadną delikatnością, dokładnie badając ciągnące się na dole zakrzywienie i otwierając się na dotyk ust chłopaka, które z nieśmiałością posuwały się coraz dalej i dalej, odkrywając dotychczas nieznane fragmenty mojego podniebienia. Ciche westchnięcie przelało się na nierówną powierzchnię mojego uwięzionego przez należące do niego wargi języka, echem rozbrzmiewając w skołatanej głowie, w której zaczęły wybuchać mi pierwsze sztuczne ognie, tworząc na czarnym tle zamkniętych powiek niesamowity pokaz kształtów i barw, z ukrytym na samym końcu świadomości ósmym kolorem tęczy.
Trwaliśmy przy sobie, ciesząc się chwilą bliskości i wreszcie zaspokojonego pragnienia, obejmując w posiadanie swoje mokre wargi i podpisując je subtelnymi ruchami splecionych ze sobą języków, które tańczyły do rytmu naszych kołaczących się serc. Gubiliśmy wątek, pozwalając spuchniętym od ciągnących się w nieskończoność pocałunków ustom żyć własnym życiem, a potem, zmęczeni ich swawolą, odnajdywaliśmy się, rozpoczynając nowy akapit naszego pamiętnika, nie dokończywszy nawet poprzedniego; stawialiśmy przecinki tam, gdzie trzeźwo myśląc umieścilibyśmy kropkę lub chociaż średnik, kończyliśmy w pół słowa nieme dialogi naszych języków i ruchem warg nadawaliśmy nowy sens istniejącym już metaforom, a wszystko to jedynie po to, by na sam koniec móc z grzeszną satysfakcją skreślić cały napisany wspólnymi siłami rozdział celem stworzenia go od nowa.
Nie mam zielonego pojęcia, jak długo tkwiliśmy w stanie błogiego zawieszenia, smakując się nawzajem, całując tak, jakby ten pierwszy raz miał być naszym ostatnim. Być może trwało to zaledwie kilka sekund albo minut i być może na znajdującym się za naszymi głowami ekranie przez cały ten czas rysował się przykrywający nas ręcznik – nie pytałem.
Pamiętam jedynie odgłos naszych przyspieszonych oddechów, który wtedy wypełniał moje uszy.

3 komentarze:

  1. Jestem~~! Tak bardzo spóźniona ;-; wybacz, przeczytałam już na drugi dzień po wstawieniu, ale to było tuż przed wyjściem do szkoły, i nie miałam czasu skomentować.
    Okej... 2MIN <3 a do tego FLUFF <3 moje feelsy od razu zaczęły szaleć z radości. Wiesz co... mam coraz większy problem z komentowaniem Twoich dzieł. Dochodzę do wniosku, że za każdym razem tak bardzo Ci słodzę, że moje komentarze przestają mieć jakąkolwiek wartość ;-; ale z drugiej strony... chyba jeden napalony czytelnik jarający się każdym Twoim zdaniem Ci nie zaszkodzi, hm?
    No dobra, przejdę już do rzeczy... TEN OPIS POCAŁUNKU, omgomgomg, umarłam ;-; Zajął Ci kilka akapitów i jest po prostu idealny, nie mogę wyjść z podziwu *-* już nie mówiąc o tym, jak wiele feelsów mnie kosztował =.= no ale te metafory, matko, rozpływam się ;-; cały tekst był urzekający w swojej słodyczy i czarujący ciekawym dobirem słów, ale ten pocałunek, ughhhh~~
    Okej... muszę Cię przeprosić za ten bełkotliwy komentarz, ale nie mam dzisiaj (ani wczoraj, ani przedwczoraj) weny na komentowanie. Doszłam jednak do wniosku, że coś tu naskrobać koniecznie muszę, bo tak bardzo na to zasługujesz. Wybacz mi ;-;
    ps. Jonghyun taki do przodu xD
    Pozdrawiam ~~<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chcę wyjść na zapatrzonego w siebie bałwana, ale sama zachwycam się tą sceną pocałunku, omg uwielbiam ją, przeżywałam nawet "lekki" fangirling, kiedy ją skończyłam ;___;
      Cieszę się, że Ci się podoba ^^;; Nie pamiętam, kiedy ostatnio pisało mi się tak lekko, omg, zwykle oneshoty zajmują mi kilka dni a nie kilka godzin, także jestem z siebie dodatkowo mega dumna T__T Wracam chyba do formy!
      Jonghyun bardzo się troszczy o swoich przyjaciół, nie mógł przegapić okazji, by któremuś z nich pomóc, taki wspaniałomyślny hyung <3
      Spokojnie, słódź mi bez obaw, nie obrażam się! I Twoje komentarze wbrew temu, co myślisz, mają baardzo dużą wartość ^^
      A teraz lecę komentować do Ciebie, o matko 2min ;_____; *zgon*

      Usuń
    2. Witaj, to znów ja~~! Nominowałam Cię do Libster Award, jeśli masz ochotę wziąć udział, to u mnie na blogu znajdziesz szczegółowe informacje. Jeśli nie - daj znać, mogę zmienić nominację na kogo innego ^.^ Pozdrawiam ~~<3

      Usuń