[22:
EXTENDED VERSION]
__________________________________________________________
typ: shinee!au
gatunek: smut
pairing: 2min
długość: 2696 s.
ostrzeżenia: w sumie to takie, że to smut, co mówi samo za siebie
a/n: przepraszam, przepraszam i przepraszam, że to czytacie, to trzeci smut w całym moim życiu i serio ostrzegam, że może wam zaszkodzić... moim okiem wyszedł nawet ok, nie wiem, sami oceńcie.
[22]
a/n: przepraszam, przepraszam i przepraszam, że to czytacie, to trzeci smut w całym moim życiu i serio ostrzegam, że może wam zaszkodzić... moim okiem wyszedł nawet ok, nie wiem, sami oceńcie.
[22]
__________________________________________________________
Nasze
wargi bez problemu odnalazły wspólny rytm i zsynchronizowały swoje
ruchy, piekąc i szczypiąc, spragnione dotyku oraz uwagi, które
mogliśmy zapewnić im tylko my poprzez zachłannie pogłębiane
pocałunki wymieniane pod osłoną chłodu nocy i urywane, szeptane
na ucho słówka kończone w połowie, ponieważ nie było na nie
czasu. Zamknąłem smukły nadgarstek młodszego w silnym uścisku i
przygwoździłem do przykrytego białym prześcieradłem materaca,
gdzie spoczął bez słowa protestu, podczas gdy wolną dłonią
tańczyłem po jego biodrze, łaskocząc ostro zakończoną,
wystającą kość, w większości ukrytą pod materiałem czarnych
bokserek i wręcz proszącą o zauważenie.
Rozłączyliśmy usta, niedbale zaczerpując powietrza, którego
wydawało się być w sypialni zdecydowanie za mało na nasze
potrzeby i pozwoliliśmy sobie na opanowanie oddechów oraz
wyrównanie rytmu serc. Rozsypane na poduszce włosy chłopca mieniły
się tysiącem odblasków w kałuży rzucanego przez księżyc
światła, nie pozwalając oderwać od siebie oczu. Pochyliłem się,
zanurzając nos w miękkich kosmykach, a intensywny zapach pomarańczy
ukradkiem zabarwił wszystkie skupione na młodszym myśli milionem
swoich odcieni.
Westchnąłem, odurzony intensywnością niesionych przez owocowy
aromat wrażeń.
Ostrożnie
nachyliłem się nad spuchniętymi poprzednim pocałunkiem wargami
młodszego, rozdzielając je językiem, który od razu połączył
się z tym jego, gorącym i nieśmiałym, gubiącym się w
chaotycznym tańcu, kiedy nieudolnie próbował mnie zdominować
swoimi ruchami. Zderzaliśmy się ze sobą raz po raz, żaden nie
dając za wygraną, aż zamknąłem jego dolną, błyszczącą się
od kropelek śliny wargę w pułapce zębów, ciągnąc do siebie, by
w końcu wydusić z niego przeciągłe, poddańcze stęknięcie,
które zagubiło się w niezliczonych zakrzywieniach porzuconej na
podłodze pierzyny niedługo po opuszczeniu gardła. Uśmiech triumfu
zatańczył w kąciku moich ust i pozwoliłem sobie poprowadzić
chłopca delikatnymi ruchami nienasyconych, z trudem powstrzymywanych
warg, które nie znały umiaru, kiedy łączyły się z tymi jego.
Poczułem walczącą o odzyskanie wolności dłoń chłopca,
szarpiącą się w uścisku moich palców, które rozluźniłem,
przenosząc na muśnięty pocałunkiem różu policzek, miękki i
ciepły, delikatnie zaokrąglony. Oderwaliśmy się od siebie
ponownie, dysząc szybko i ciężko, ale on koniuszkiem języka
zatańczył po powierzchni naznaczonych śladem moich zębów,
zgryzionych warg i poruszył się pode mną nerwowo, nie mogąc
znieść braku należnej mu uwagi.
Prychnąłem z nieskrywanym rozbawieniem, unosząc do góry
podbródek chłopca, by odsłonić zroszoną potem skórę szyi,
gładką i pachnącą czekoladowym żelem pod prysznic, a wyraźnie
zarysowana żyła, która wiła się niczym szybki, niepowstrzymany
strumień, pulsowała nieustannie, kiedy zacząłem śledzić
przebywaną przez nią trasę ostrożnymi pocałunkami, uważając,
by nie ugryźć za mocno. Znaczyłem go pełnym uwielbienia ruchem
warg, ssąc oraz liżąc, a wrażliwa skóra czerwieniła się lekko,
po każdym spotkaniu z moimi zębami barwiąc na odcienie różu i
maliny. Zadowalałem się dochodzącymi do moich uszu, zachrypniętymi
pomrukami aprobaty i nieudolnie powstrzymywanymi westchnięciami,
których echo osiadało na naszych ciałach niewidzialnym,
łaskoczącym pyłem i budziło w moim podbrzuszu coś gorącego i
zwierzęcego.
Delikatny dreszcz zatańczył na moim karku, kiedy zacząłem
scałowywać osiadły na skórze młodszego chłód, a w obliczu
desperackiego pragnienia zapewnienia mu ciepła i komfortu wszystkie
inne, zbędne myśli traciły pierwotną wyrazistość i żywotność
kolorów, zupełnie nieważne i niewarte uwagi.
Podniosłem wzrok, w połowie dzielącego nasze twarze dystansu
spotykając się z tym należącym do niego, by spostrzec zgromadzone
w tęczówkach wygłodniałych, pełnych niecierpliwego wyczekiwania
oczu gęste, ciemne cienie, które nadawały im drapieżnego wyrazu.
Pochyliłem się i znowu zahaczyłem ustami o te jego, cały czas
opuchnięte i zgryzione w wyniku poprzednich pieszczot, lecz nadal
tak samo pełne i malinowe; pogłębiłem pocałunek i mimowolnie
otarłem o siebie nasze krocza, czując ukryty pod materiałem
bokserek chłopca niemal bolesny żar, który wykradł głośne
westchnięcie z czeluści mojego gardła. W przypływie adrenaliny
zatopiłem zęby w wardze chłopca, gryząc mocno i ciągnąc w swoim
kierunku. Zaszlochał pode mną słabo dokładnie w momencie, kiedy
poczułem na dziąsłach metaliczny smak krwi, co sprawiło, że
odsunąłem się błyskawicznie i z niepewnością w oczach opuszkiem
kciuka nakryłem dwie nowo powstałe, niezbyt głębokie ranki na
skórze, których brzegi błyszczały się złowrogo w wiązce
księżycowego płomienia na krwistoczerwony kolor.
– Przepraszam – wychrypiałem słabo w dzielącą nas przestrzeń
i usadowiłem się na niższych partiach nóg chłopca, ze swoimi
własnymi kolanami po bokach tych jego, cały czas skupiony na
kropelkach krwi zdobiących należącą do niego wargę.
Oblizał usta, które opuściło niskie, przesiąknięte iskierkami
erotyzmu stęknięcie, a na lśniących w mroku nocy, białych zębach
zagościła malinowa smuga, niemożliwa do przeoczenia w palecie
swoich tańczących na granicy czerwieni i różu odcieni. Obserwował
mnie z rozchylonymi w oczekiwaniu wargami i otoczonymi koroną
długich rzęs oczami, z widoczną na powierzchni czekoladowych
tęczówek niemą zachętą oraz desperackim błaganiem, które w
chwilę potem, niby zawstydzony własną śmiałością, przysłonił
delikatną kurtyną powiek.
– Boże – westchnąłem ciężko, trzęsące się dłonie
przenosząc na zarysowane kontury żeber chłopca, kuszące swoimi
licznymi zakrzywieniami i nierównościami, które sprawiały, że
zalewała mnie niepowstrzymana ochota na naznaczenie ich ciągnącymi
się w nieskończoność ścieżkami śliny oraz niemożliwymi do
zliczenia śladami zębów, by móc zasmakować i zatracić się w
słodyczy nastoletniego ciała. – Przez samo patrzenie na ciebie
byłbym w stanie się teraz spuścić...
Zarumienił się dziewczęco, na co zareagowałem uśmiechem, ale
zagubiony w doznaniach mroku nocy, zagubiony w serenadzie westchnięć,
którą przerywała cisza i zachłanne, delikatne schadzki naszych
ust, zagubiony w intensywności uczucia zdawał się nie istnieć,
ciałem tylko obecny obok mnie, z zatopioną w aksamicie nieboskłonu,
wiecznie nienasyconą duszą, spragnioną nasiąkniętego
uwielbieniem dotyku moich palców oczy cały czas pozostawiał
zamknięte, a syk niezadowolenia zarysował się wyraźną w wiązce
księżycowego światła blizną na malinowych wargach, niemożliwy
do zanegowania znak duszącego go oczekiwania zmieszanego z
nieokiełznanym pożądaniem.
Z ostrożnością zacisnąłem usta na zaróżowionym, wrażliwym
skrawku skóry młodszego, dzięki czemu wreszcie zdecydował się na
obnażenie orzechowych oczu i wystawienie ich na zuchwałe, nieme
szyderstwa nieba, a ciemności zabrudziło wołanie, uwięzione w
stronicach urywanych, szybkich wdechów:
– P-Przestań się z-ze mną bawi- obożeminh-
– Mhmm – zamruczałem i zamknąłem stwardniałą
wypukłość w sidłach zębów, ciągnąc do siebie, co sprawiło,
że westchnięcie niczym imadło ścisnęło gardło leżącego na
materacu. Poczułem we włosach małe, ale silne dłonie, które,
zakotwiczywszy się w moich kosmykach, zaczęły niedoświadczenie
masować mi skórę, a na moich ustach, mimo starań, zarysowało się
cierpiętnicze zakrzywienie, wywołane bolesnym, będącym dziełem
młodszego, drapnięciem.
Odsunąłem się na moment celem skierowania swoich dłoni na biodra
chłopca, nosem śledząc niewyraźnie zarysowaną na skórze ścieżkę
włosków, a on zaszlochał w oczekiwaniu, unosząc się nieznacznie
w momencie, w którym ostrożnie obcałowałem mu okolice brzucha
zgromadzonym w ustach strumieniem drżącego i wręcz wrzącego
powietrza. Zębami chwyciłem nabrzmiałego członka młodszego, na
co zakwilił cicho w niemym błaganiu o uwolnienie z więzienia
czarnego materiału bokserek, lecz, nie chcąc na razie spełniać
życzenia, mimo utrudnienia, którym była bielizna, własną śliną
zwilżyłem mięsień.
– Uhmm... s-st-
Jęki, nieśmiałe oraz ciche, którym wreszcie zezwolił na
ucieczkę z czeluści krtani, sprawiły, że uśmiechnąłem się
szczerze i zawędrowałem ustami do krawędzi bokserek celem
całkowitego obnażenia słodkiego ciała – zębami, z nabrzmiałym
kroczem dociśniętym mi do ucha, ściągnąłem z bioder niechcianą
czerń, aż w nos uderzył mnie członek chłopca, a ciemność
zabrudził nasz śmiech. Podniosłem się i na czworakach dosięgnąłem
leżącego w szczelinie między materacem a ramą łóżka
lubrykantu, i wycisnąwszy na dłoń dużą ilość nieznacznie
uniosłem młodszego, aby nawilżyć nim zaczerwienioną obręcz
mięśni, zanim wsunąłem w środek sam koniuszek palca, podczas gdy
kciukiem nieprzerwanie masowałem skórę wokół.
Usłyszałem, że ze świstem bierze oddech i zauważyłem, że
zaciśnięte na materacu dłonie nieznacznie mu zbielały, co
sprawiło, że uniosłem wzrok, chcąc zbadać zachodzące w oczach
zderzenia meteorów, a on, widząc to, skinął w zezwoleniu na
dalsze działania.
Odsunąłem dłoń, na co zareagował zmarszczeniem czoła, ale nim
zwerbalizował swe niezadowolenie, rozchyliłem mu uda i ucałowałem
widoczną na trzonie członka żyłę, na co zadrżał, a na
malinowych ustach zaśpiewało westchnięcie. Zamknąłem zwilżoną
lśniącą wydzieliną główkę w sidłach warg, ssąc, bez
ostrzeżenia do samego końca wsunąwszy w chłopca długi, zamoczony
w lubrykancie palec, a rozgrzane mięśnie, nieskore do rozluźnienia
się, zacisnęły się na nim, kusząc oferowaną, słodką ciasnotą,
co sprawiło, że wolną dłoń mimowolnie wsunąłem we własne
bokserki. Jęcząc, uniósł się, czubkiem członka łaskocząc mnie
w krtań, na co, zadławiwszy się długością mięśnia,
zaszlochałem niewyraźnie, ale nie odsunąłem się, z nosem w
szorstkich, krótkich włoskach chłonąc uwięzione w moich ustach
ciepło, słone i drżące, nie mogąc zadowolić się nim
całkowicie. Dmuchnąłem na obnażoną nasadę i uśmiechnąłem się
na słodkie westchnięcia młodszego, wybuchające mi w uszach, które
wraz z dołożeniem do środka drugiego, tak samo nawilżonego oraz
długiego, palca, zaczęły z większą częstością rozdzierać
arkusze ciemności niczym melodia odbierana całym arsenałem
zmysłów, a zaciśnięta na mnie dłoń zaciskała się i
rozluźniała do akompaniamentu utworu. Skrzyżowałem ściśnięte
wewnątrz młodszego palce, a on zakręcił biodrami, wychodząc im
naprzeciw; uderzyłem nimi we wrażliwy warkocz mięśni w środku,
aż na ustach zatańczyło mu stęknięcie, niskie i urwane, które
rozproszyło się w arkuszach znieważonego, wręcz obrażonego snu.
Z trudem wysunąłem dłoń ze swoich bokserek celem ściągnięcia
ich i oswobodziłem leżącego na materacu z uścisku moich zębów,
lecz w momencie wciśnięcia w rozgrzaną obręcz mięśni zaledwie
czubka trzeciego palca, odezwał się słabo:
– M-Minho... uhh, z-zrób to t-teraz... błagam.
Zadrżałem na szorstkość w tonie młodszego, która zdawała się
musnąć wszystkie obecne w moim ciele zakończenia nerwowe i
rozsadzić naczynia krwionośne, ale zgodziłem się i skinąłem
głową, a odgarnąwszy mu z czoła czarne, mokre kosmyki
uśmiechnąłem się szeroko i znowu sięgnąłem w kierunku
lubrykantu, lecz dłonie chłopca zamknęły się na moich i
zamrugałem, zdezorientowany. Usłyszałem, że ze świstem łapie
oddech, nieco niepewien i uniosłem brew, widząc, że zagryza wargę.
– Mogę?
– Och – odchrząknąłem – oczywiście, t-tak.
Zauważyłem, że uśmiecha się i rumieni, wyraźnie zmieszany,
więc musnąłem mu usta, chłonąc ciche, nieśmiałe westchnięcie
w niemym zapewnieniu, że nie ma się czego wstydzić, co widocznie
rozluźniło zawieszone w ciemności zażenowanie. Usiadł na
kolanach, unosząc się z materaca i ze śmiechem, nieco dziecięcym,
wycisnął na dłonie wręcz za dużą ilość żelu, a następnie,
zbliżywszy się, zamknął mnie w nich, co sprawiło, że zatrząsłem
się automatycznie i zagryzłem wargę, nie chcąc pozwolić na
zabrudzenie szelestu naszych oddechów żadnymi dźwiękami. Palcami
masował mi nabrzmiałe, wyraźnie zaznaczone naczynia krwionośne,
ciągnące się aż do końca męskości, ostrożnie i delikatnie, od
czasu do czasu wzmocniwszy uścisk i zauważyłem, że nie odwraca
wzroku od swoich ubrudzonych lubrykantem dłoni. Zamruczałem na
widok cieni w oczach chłopca i zwilżonych śliną ust, na które co
trochę zakradał się szelmowski uśmiech. Poczułem kciuk na samym
szczycie członka i na drżących ramionach oparłem się o nagie i
ozdobione księżycowymi odblaskami uda, a złączywszy nasze czoła
opuściłem powieki, słabe i sparaliżowane wrażeniami, dysząc
ciężko i nierówno.
– Lubię cię dotykać.
Nie chcąc ominąć żadnego fragmentu stwardniałego mięśnia ze
skupionym na nim wzrokiem nieprzerwanie pracował dłonią, aż w
końcu ścisnął mnie mocno, z kciukiem na szczelinie członka,
boleśnie dociśniętym, którym następnie w amoku zaczął zataczać
wcale nie delikatne kółka, co sprawiło, że na tęczówkach
eksplodowało mi milion białawych kleksów i zacisnąłem dziąsła,
zrezygnowawszy z otwierania oczu. Paznokciami wbił się we mnie i
rozchyliłem usta, będąc za bardzo zamroczonym na wydanie z siebie
dźwięku; odnalazłem drobne biodra i zderzyłem się ustami z ich
właścicielem, ciężarem ciała zmusiwszy do runięcia na materac
zawisłem nad nim i rozluźniłem zaciśnięte na moim członku
dłonie swoimi własnymi, nie chcąc szczytować samotnie, a on, z
niezadowoleniem, zmarszczył czoło na ten ruch, tęskniąc za mną w
swoich rękach.
Uśmiechnąłem się, całując, nie mogąc zdobyć się na
rozerwanie stworzonych śliną nici, czemu wcale się nie
sprzeciwiał, a wręcz z oddaniem oddawał muśnięcia ust oraz
ostrożne ugryzienia; czułem twardość białych zębów na swoich
własnych, czułem na sobie rozochocone dłonie, ale szczytem
wszystkiego było niewyraźne, ledwie zauważalne, miętowe
wspomnienie, osiadłe na należących do niego wargach, które
kochałem i które równocześnie niosło ze sobą słodki aromat
namiętności.
Nieoczekiwanie oderwaliśmy się od siebie, łącząc wzrokiem i
chwyciłem udo młodszego, usłużnie zarzucone mi na ramię i nie
wiadomo dlaczego naznaczone śliną. Drugie bezwładnie owinęło się
wokół mnie w pasie, a w okolicach kręgosłupa mogłem poczuć
minimalnie szorstką skórę na pięcie chłopca, która raz za razem
osuwała się na materac za mną i desperacko wracała do należnego
sobie lokum. Umieścił dłonie na moim karku, z czułością bawiąc
się obecnymi tam włoskami, a obecne w oczach oddanie oraz
oczekiwanie zabarwione zostało na czekoladowo. Ze skupieniem
nakierowałem się na zwilżoną niebieskim żelem obręcz i drżąc
nieznacznie rozchyliłem skropione potem pośladki celem ułatwienia
sobie zadania, a leżący na materacu zakręcił biodrami, co
sprawiło, że minimalnie wsunąłem się w wers zaróżowionych
mięśni całkowicie nie celowo.
Jęknięcie, długie, niskie i cichutkie, zakradło się na usta
chłopca, a następnie szelest urwanego zaczerpnięcia oddechu
rozkruszył się na kawałeczki w arkuszach mroku i nachyliłem się,
własnymi chłonąc słodkie westchnięcia, z niewyraźnym trudem
wchodząc w drżące ciało, które zdawało się zachowywać niczym
instrument w moich ramionach, chłonęło me uczucie i nie zostawało
na nie bierne; oddawało mi się całkowicie, będąc dniem, nocą
oraz czymś, co nienazwane, schowało się na krawędzi tych dwóch
stanów. Nieruchomo uniosłem wzrok i zacząłem studiować twarz
młodszego, z zaciśniętymi ustami, zaróżowioną skórą oraz
oczami ze skupieniem zakotwiczonymi w moich, wszystkimi zmysłami
czerpiąc rozkosz z okrutnie zaciśniętych na mnie mięśni oraz
widoku leżącego na materacu istnienia, którego udo bezsilnie
spoczęło na łóżku, zsunąwszy się ze mnie. Sięgnąłem za
siebie celem schwytania drobnych, zaciśniętych na moim karku dłoni,
które następnie ułożyłem obok rozrzuconych, kruczych włosów i
złączyłem ze swoimi, to samo czyniąc z naszymi wargami, lecz tym
razem ucałowałem te malinowo-miętowe wzgórza ostrożnie i bez
zębów, delikatnie i miękko.
Zatoczyłem biodrami, a westchnięcie młodszego, będące swoistym
impulsem elektrycznym, załaskotało mnie w usta; uniósł się,
żebrami zderzywszy się ze mną, co sprawiło, że mimowolnie
wysunąłem się z należącego do niego, wręcz wrzącego wnętrza i
w odsłoniętą część męskości uderzyło mnie nocne wspomnienie
chłodu, na które zadrżałem, z trudem łapiąc oddech. Uścisk na
moich dłoniach wzmocnił się, a ostre, malutkie paznokcie
zakotwiczyły mi się w skórze, szarpiąc i drapiąc, raniąc
nieustannie. Nie wiedząc kiedy wsunąłem się w młodszego znowu,
stanowczo, ale ostrożnie i czułem, że zaciśnięte na mnie
mięśnie, oczarowane melodią dwóch ciał, usłużnie tracą na
sile swoich szczęk.
Powtórzyłem czynność i z zaciśniętymi zębami, wolno i mocno,
uderzyłem, a własnymi ustami chłonąc zduszone i urwane stęknięcie
młodszego docisnąłem nasze złączone dłonie do materaca, na
który zsunęła się krucza aureola niczym księżycowa
uciekinierka, nie mogąca znieść obecnego na sobie, krytycznego
wzroku nieba, nieśmiała. Poczułem, że uda, zaciśnięte na moich
biodrach, tańczą razem ze mną i z zadowoleniem oraz uśmiechem
dostrzegłem roziskrzone sztuczne ognie w oczach ich właściciela; z
namaszczeniem zacząłem naznaczać młodszego muśnięciami ust i ze
skupieniem, ostrożnie, wysunąłem się z niego, ale nie dałem
szans na okazanie niezadowolenia, bowiem wbiłem się w ciasne
wnętrze ostro i agresywnie, gryząc w ramię, aż ciemność
zabrudziło, barwiąc sobą należące do drobnego chłopca wargi, me
imię, a w smoliście czarnych włosach zalśniła, za bardzo
nierealna w idealności, łza.
– Z-Zrób tak znowu, do... dobrze?
Usłużnie i z rozkoszą, samemu czerpiąc z tego radość,
spełniłem życzenie, aż ramiona młodszego, rumieniąc się
wściekle, otuliło milion śladów moich zębów niczym różowe,
kwieciste wiązanki drzewa wiśni na wiosnę, a on sam, nie mogąc
wydobyć z siebie dźwięku, zaszlochał w milczeniu; drżąc,
oswobodził dłoń z dzielonego ze mną uścisku celem nakierowania
się na własnego członka i nie minęło dużo czasu, zanim,
narzuciwszy szybsze tempo, znowu złączyłem nasze ręce. Dosłownie
balansowałem na krawędzi i wiedziałem, że zaraz rozkruszę się
na kawałeczki, ale mimo to na bezdechu znowu wbiłem się w
młodszego, a zamknięta w moich sidłach męskość wrzała, tętniąc
niebezpiecznie, miałem wrażenie, do akompaniamentu mlaśnięć
dwóch obnażonych ciał, istnień.
– K-Kochanie?
– Uhhm, mu-musisz... właśn-właśnie t- cholera, MINHO –
wyrzucił z siebie, krzycząc w momencie, w którym znowu
zaatakowałem należące do niego wnętrze, a złączona ze mną dłoń
mocno ścisnęła trzon członka; odwrócił wzrok, dysząc ciężko.
– Uwielbiam cię.
Ostatni raz wślizgnąłem się w młodsze ciało i rozlałem się w
nim, mocno, co on zrobił także, z moim imieniem na swoich ustach,
raz za razem zdobiąc nasze ciała białawymi wiązkami nasienia,
słodkimi i łaskoczącymi, na których widok westchnąłem, zanim
ostatecznie, bezwładnie osunąłem się na czarnowłosego, będąc
za bardzo zmęczonym na wysunięcie się z rozluźnionego,
sparaliżowanego orgazmem wnętrza. Poczułem słabe, trzęsące się
ramiona na swoich własnych i chłodne, diamentowe łzy na torsie,
ale nie ocierałem ich, czekałem, aż strumień ustanie, a źródło
zaśnie; wyszedłem z niego, ostrożnie, a następnie sięgnąłem
dłonią w stronę zrzuconego z łóżka okrycia i nie zważywszy na
to, że może się zbrudzić, otuliłem nim nasze ciała, bowiem nie
chciałem narażać młodszego na zimne, złowieszcze muśnięcia
ciemności, szczególnie teraz, całkowicie... zdewastowanego.
– Minho, wiesz – zaśmiał się cicho – wcale nie miałem
trudności z zaśnięciem.
[2696+298]
Ok, przybyłam, Ty mściwy człowieku xD
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam już wczoraj, ale skupienie mi się nieco wtedy posypało, a sama przyznasz, że przy Twoich tekstach trzeba się nieco skupić, co niezwykle cenię.
Od razu powiem, że 22 wcześniej nie czytałam (ogólnie czytałam tylko te, które skomentowałam), więc musiałam nadrobić. Sama sytuacja z pozornymi trudnościami w zaśnięciu jest urocza, ale naturalnie przeistacza się w coś niesamowitego. Co mi się tu podobało, to oczywiście piękne ubranie pozornie pospolitych kwestii w słowa, ta charakteryczna poetyckość Twojego pisania nieco jednak tutaj kontrastuje ze sferą dosłowności, z tymi wszystkimi "członkami", "kroczami" itd. >.< Czarujesz mnie opisami dźwięków i zapachów towarzyszących temu zbliżeniu dwóch uzależnionych od siebie ciał. Podoba mi się też subtelne, ale ciągłe towarzystwo księżyca, który nadaje wszystkiemu ten niepowtarzalny odcień nocy. Pisanie z perspektywy Minho dało też duże pole do popisu w kwesti opisywania wyglądu Taemina, co sama uwielbiam robić, i co Tobie też wychodzi tak soidgjworigjerg *o* Aczkolwiek używanie w smutach słowa "chłopiec" nieco mnie razi, zalatuje pedofilią czy coś... >.<
Jest tu masa fragmentów, które mi się bardzo podobały, ale nie będę znów kopiować, to raczej bezsensu *o*
Strasznie Cię przepraszam za tak mało treściwy i dość krótki komentarz (i brak tych wszystkich feelsowych caps locków; feelsy były, ale dzisiaj nie mam dobrego dnia na wyrażanie emocji, wiec---), ale mam obecnie nieogar godny Taemina i Onew razem wziętych, do tego masę spraw na głowie, ten tydzień jest szalony.
Jesteś mściwym stworzeniem, którego nie potrafię nie kochać, idę ~~<3
Jeszcze nauczysz się mnie nienawidzić, zobaczysz<3
UsuńMasz rację z tym "chłopcem", ale też mi dziwnie było używać słowa "mężczyzna", a "chłopak" brzydko mi czasami wygladało... (tak, ja i moje dziwactwa, wszystko musi wyglądać ładnie i w ogóle ;__;) następnym razem to zmienię, jeżeli w ogóle będzie następny raz, bo to mnie wymęczyło i jdsngujnefmsd zdechłam, nie umiem w to.
Spokojnie, przecież to dobry komentarz^^ Trzymam kciuki, że przeżyjesz jakoś tydzień~ na pewno dasz radę ze wszystkim, co tam cię męczy, fighting<3