niedziela, 21 czerwca 2015

[oneshot, 2min] 22: extended version

[22: EXTENDED VERSION]
__________________________________________________________
typ: shinee!au
gatunek: smut
pairing: 2min
długość: 2696 s.
ostrzeżenia: w sumie to takie, że to smut, co mówi samo za siebie
a/n: przepraszam, przepraszam i przepraszam, że to czytacie, to trzeci smut w całym moim życiu i serio ostrzegam, że może wam zaszkodzić... moim okiem wyszedł nawet ok, nie wiem, sami oceńcie.
[22]
__________________________________________________________

Nasze wargi bez problemu odnalazły wspólny rytm i zsynchronizowały swoje ruchy, piekąc i szczypiąc, spragnione dotyku oraz uwagi, które mogliśmy zapewnić im tylko my poprzez zachłannie pogłębiane pocałunki wymieniane pod osłoną chłodu nocy i urywane, szeptane na ucho słówka kończone w połowie, ponieważ nie było na nie czasu. Zamknąłem smukły nadgarstek młodszego w silnym uścisku i przygwoździłem do przykrytego białym prześcieradłem materaca, gdzie spoczął bez słowa protestu, podczas gdy wolną dłonią tańczyłem po jego biodrze, łaskocząc ostro zakończoną, wystającą kość, w większości ukrytą pod materiałem czarnych bokserek i wręcz proszącą o zauważenie.
Rozłączyliśmy usta, niedbale zaczerpując powietrza, którego wydawało się być w sypialni zdecydowanie za mało na nasze potrzeby i pozwoliliśmy sobie na opanowanie oddechów oraz wyrównanie rytmu serc. Rozsypane na poduszce włosy chłopca mieniły się tysiącem odblasków w kałuży rzucanego przez księżyc światła, nie pozwalając oderwać od siebie oczu. Pochyliłem się, zanurzając nos w miękkich kosmykach, a intensywny zapach pomarańczy ukradkiem zabarwił wszystkie skupione na młodszym myśli milionem swoich odcieni.
Westchnąłem, odurzony intensywnością niesionych przez owocowy aromat wrażeń.
Ostrożnie nachyliłem się nad spuchniętymi poprzednim pocałunkiem wargami młodszego, rozdzielając je językiem, który od razu połączył się z tym jego, gorącym i nieśmiałym, gubiącym się w chaotycznym tańcu, kiedy nieudolnie próbował mnie zdominować swoimi ruchami. Zderzaliśmy się ze sobą raz po raz, żaden nie dając za wygraną, aż zamknąłem jego dolną, błyszczącą się od kropelek śliny wargę w pułapce zębów, ciągnąc do siebie, by w końcu wydusić z niego przeciągłe, poddańcze stęknięcie, które zagubiło się w niezliczonych zakrzywieniach porzuconej na podłodze pierzyny niedługo po opuszczeniu gardła. Uśmiech triumfu zatańczył w kąciku moich ust i pozwoliłem sobie poprowadzić chłopca delikatnymi ruchami nienasyconych, z trudem powstrzymywanych warg, które nie znały umiaru, kiedy łączyły się z tymi jego.
Poczułem walczącą o odzyskanie wolności dłoń chłopca, szarpiącą się w uścisku moich palców, które rozluźniłem, przenosząc na muśnięty pocałunkiem różu policzek, miękki i ciepły, delikatnie zaokrąglony. Oderwaliśmy się od siebie ponownie, dysząc szybko i ciężko, ale on koniuszkiem języka zatańczył po powierzchni naznaczonych śladem moich zębów, zgryzionych warg i poruszył się pode mną nerwowo, nie mogąc znieść braku należnej mu uwagi.
Prychnąłem z nieskrywanym rozbawieniem, unosząc do góry podbródek chłopca, by odsłonić zroszoną potem skórę szyi, gładką i pachnącą czekoladowym żelem pod prysznic, a wyraźnie zarysowana żyła, która wiła się niczym szybki, niepowstrzymany strumień, pulsowała nieustannie, kiedy zacząłem śledzić przebywaną przez nią trasę ostrożnymi pocałunkami, uważając, by nie ugryźć za mocno. Znaczyłem go pełnym uwielbienia ruchem warg, ssąc oraz liżąc, a wrażliwa skóra czerwieniła się lekko, po każdym spotkaniu z moimi zębami barwiąc na odcienie różu i maliny. Zadowalałem się dochodzącymi do moich uszu, zachrypniętymi pomrukami aprobaty i nieudolnie powstrzymywanymi westchnięciami, których echo osiadało na naszych ciałach niewidzialnym, łaskoczącym pyłem i budziło w moim podbrzuszu coś gorącego i zwierzęcego.
Delikatny dreszcz zatańczył na moim karku, kiedy zacząłem scałowywać osiadły na skórze młodszego chłód, a w obliczu desperackiego pragnienia zapewnienia mu ciepła i komfortu wszystkie inne, zbędne myśli traciły pierwotną wyrazistość i żywotność kolorów, zupełnie nieważne i niewarte uwagi.
Podniosłem wzrok, w połowie dzielącego nasze twarze dystansu spotykając się z tym należącym do niego, by spostrzec zgromadzone w tęczówkach wygłodniałych, pełnych niecierpliwego wyczekiwania oczu gęste, ciemne cienie, które nadawały im drapieżnego wyrazu. Pochyliłem się i znowu zahaczyłem ustami o te jego, cały czas opuchnięte i zgryzione w wyniku poprzednich pieszczot, lecz nadal tak samo pełne i malinowe; pogłębiłem pocałunek i mimowolnie otarłem o siebie nasze krocza, czując ukryty pod materiałem bokserek chłopca niemal bolesny żar, który wykradł głośne westchnięcie z czeluści mojego gardła. W przypływie adrenaliny zatopiłem zęby w wardze chłopca, gryząc mocno i ciągnąc w swoim kierunku. Zaszlochał pode mną słabo dokładnie w momencie, kiedy poczułem na dziąsłach metaliczny smak krwi, co sprawiło, że odsunąłem się błyskawicznie i z niepewnością w oczach opuszkiem kciuka nakryłem dwie nowo powstałe, niezbyt głębokie ranki na skórze, których brzegi błyszczały się złowrogo w wiązce księżycowego płomienia na krwistoczerwony kolor.
– Przepraszam – wychrypiałem słabo w dzielącą nas przestrzeń i usadowiłem się na niższych partiach nóg chłopca, ze swoimi własnymi kolanami po bokach tych jego, cały czas skupiony na kropelkach krwi zdobiących należącą do niego wargę.
Oblizał usta, które opuściło niskie, przesiąknięte iskierkami erotyzmu stęknięcie, a na lśniących w mroku nocy, białych zębach zagościła malinowa smuga, niemożliwa do przeoczenia w palecie swoich tańczących na granicy czerwieni i różu odcieni. Obserwował mnie z rozchylonymi w oczekiwaniu wargami i otoczonymi koroną długich rzęs oczami, z widoczną na powierzchni czekoladowych tęczówek niemą zachętą oraz desperackim błaganiem, które w chwilę potem, niby zawstydzony własną śmiałością, przysłonił delikatną kurtyną powiek.
– Boże – westchnąłem ciężko, trzęsące się dłonie przenosząc na zarysowane kontury żeber chłopca, kuszące swoimi licznymi zakrzywieniami i nierównościami, które sprawiały, że zalewała mnie niepowstrzymana ochota na naznaczenie ich ciągnącymi się w nieskończoność ścieżkami śliny oraz niemożliwymi do zliczenia śladami zębów, by móc zasmakować i zatracić się w słodyczy nastoletniego ciała. – Przez samo patrzenie na ciebie byłbym w stanie się teraz spuścić...
Zarumienił się dziewczęco, na co zareagowałem uśmiechem, ale zagubiony w doznaniach mroku nocy, zagubiony w serenadzie westchnięć, którą przerywała cisza i zachłanne, delikatne schadzki naszych ust, zagubiony w intensywności uczucia zdawał się nie istnieć, ciałem tylko obecny obok mnie, z zatopioną w aksamicie nieboskłonu, wiecznie nienasyconą duszą, spragnioną nasiąkniętego uwielbieniem dotyku moich palców oczy cały czas pozostawiał zamknięte, a syk niezadowolenia zarysował się wyraźną w wiązce księżycowego światła blizną na malinowych wargach, niemożliwy do zanegowania znak duszącego go oczekiwania zmieszanego z nieokiełznanym pożądaniem.
Z ostrożnością zacisnąłem usta na zaróżowionym, wrażliwym skrawku skóry młodszego, dzięki czemu wreszcie zdecydował się na obnażenie orzechowych oczu i wystawienie ich na zuchwałe, nieme szyderstwa nieba, a ciemności zabrudziło wołanie, uwięzione w stronicach urywanych, szybkich wdechów:
– P-Przestań się z-ze mną bawi- obożeminh-
– Mhmm – zamruczałem i zamknąłem stwardniałą wypukłość w sidłach zębów, ciągnąc do siebie, co sprawiło, że westchnięcie niczym imadło ścisnęło gardło leżącego na materacu. Poczułem we włosach małe, ale silne dłonie, które, zakotwiczywszy się w moich kosmykach, zaczęły niedoświadczenie masować mi skórę, a na moich ustach, mimo starań, zarysowało się cierpiętnicze zakrzywienie, wywołane bolesnym, będącym dziełem młodszego, drapnięciem.
Odsunąłem się na moment celem skierowania swoich dłoni na biodra chłopca, nosem śledząc niewyraźnie zarysowaną na skórze ścieżkę włosków, a on zaszlochał w oczekiwaniu, unosząc się nieznacznie w momencie, w którym ostrożnie obcałowałem mu okolice brzucha zgromadzonym w ustach strumieniem drżącego i wręcz wrzącego powietrza. Zębami chwyciłem nabrzmiałego członka młodszego, na co zakwilił cicho w niemym błaganiu o uwolnienie z więzienia czarnego materiału bokserek, lecz, nie chcąc na razie spełniać życzenia, mimo utrudnienia, którym była bielizna, własną śliną zwilżyłem mięsień.
– Uhmm... s-st-
Jęki, nieśmiałe oraz ciche, którym wreszcie zezwolił na ucieczkę z czeluści krtani, sprawiły, że uśmiechnąłem się szczerze i zawędrowałem ustami do krawędzi bokserek celem całkowitego obnażenia słodkiego ciała – zębami, z nabrzmiałym kroczem dociśniętym mi do ucha, ściągnąłem z bioder niechcianą czerń, aż w nos uderzył mnie członek chłopca, a ciemność zabrudził nasz śmiech. Podniosłem się i na czworakach dosięgnąłem leżącego w szczelinie między materacem a ramą łóżka lubrykantu, i wycisnąwszy na dłoń dużą ilość nieznacznie uniosłem młodszego, aby nawilżyć nim zaczerwienioną obręcz mięśni, zanim wsunąłem w środek sam koniuszek palca, podczas gdy kciukiem nieprzerwanie masowałem skórę wokół.
Usłyszałem, że ze świstem bierze oddech i zauważyłem, że zaciśnięte na materacu dłonie nieznacznie mu zbielały, co sprawiło, że uniosłem wzrok, chcąc zbadać zachodzące w oczach zderzenia meteorów, a on, widząc to, skinął w zezwoleniu na dalsze działania.
Odsunąłem dłoń, na co zareagował zmarszczeniem czoła, ale nim zwerbalizował swe niezadowolenie, rozchyliłem mu uda i ucałowałem widoczną na trzonie członka żyłę, na co zadrżał, a na malinowych ustach zaśpiewało westchnięcie. Zamknąłem zwilżoną lśniącą wydzieliną główkę w sidłach warg, ssąc, bez ostrzeżenia do samego końca wsunąwszy w chłopca długi, zamoczony w lubrykancie palec, a rozgrzane mięśnie, nieskore do rozluźnienia się, zacisnęły się na nim, kusząc oferowaną, słodką ciasnotą, co sprawiło, że wolną dłoń mimowolnie wsunąłem we własne bokserki. Jęcząc, uniósł się, czubkiem członka łaskocząc mnie w krtań, na co, zadławiwszy się długością mięśnia, zaszlochałem niewyraźnie, ale nie odsunąłem się, z nosem w szorstkich, krótkich włoskach chłonąc uwięzione w moich ustach ciepło, słone i drżące, nie mogąc zadowolić się nim całkowicie. Dmuchnąłem na obnażoną nasadę i uśmiechnąłem się na słodkie westchnięcia młodszego, wybuchające mi w uszach, które wraz z dołożeniem do środka drugiego, tak samo nawilżonego oraz długiego, palca, zaczęły z większą częstością rozdzierać arkusze ciemności niczym melodia odbierana całym arsenałem zmysłów, a zaciśnięta na mnie dłoń zaciskała się i rozluźniała do akompaniamentu utworu. Skrzyżowałem ściśnięte wewnątrz młodszego palce, a on zakręcił biodrami, wychodząc im naprzeciw; uderzyłem nimi we wrażliwy warkocz mięśni w środku, aż na ustach zatańczyło mu stęknięcie, niskie i urwane, które rozproszyło się w arkuszach znieważonego, wręcz obrażonego snu. Z trudem wysunąłem dłoń ze swoich bokserek celem ściągnięcia ich i oswobodziłem leżącego na materacu z uścisku moich zębów, lecz w momencie wciśnięcia w rozgrzaną obręcz mięśni zaledwie czubka trzeciego palca, odezwał się słabo:
– M-Minho... uhh, z-zrób to t-teraz... błagam.
Zadrżałem na szorstkość w tonie młodszego, która zdawała się musnąć wszystkie obecne w moim ciele zakończenia nerwowe i rozsadzić naczynia krwionośne, ale zgodziłem się i skinąłem głową, a odgarnąwszy mu z czoła czarne, mokre kosmyki uśmiechnąłem się szeroko i znowu sięgnąłem w kierunku lubrykantu, lecz dłonie chłopca zamknęły się na moich i zamrugałem, zdezorientowany. Usłyszałem, że ze świstem łapie oddech, nieco niepewien i uniosłem brew, widząc, że zagryza wargę.
– Mogę?
– Och – odchrząknąłem – oczywiście, t-tak.
Zauważyłem, że uśmiecha się i rumieni, wyraźnie zmieszany, więc musnąłem mu usta, chłonąc ciche, nieśmiałe westchnięcie w niemym zapewnieniu, że nie ma się czego wstydzić, co widocznie rozluźniło zawieszone w ciemności zażenowanie. Usiadł na kolanach, unosząc się z materaca i ze śmiechem, nieco dziecięcym, wycisnął na dłonie wręcz za dużą ilość żelu, a następnie, zbliżywszy się, zamknął mnie w nich, co sprawiło, że zatrząsłem się automatycznie i zagryzłem wargę, nie chcąc pozwolić na zabrudzenie szelestu naszych oddechów żadnymi dźwiękami. Palcami masował mi nabrzmiałe, wyraźnie zaznaczone naczynia krwionośne, ciągnące się aż do końca męskości, ostrożnie i delikatnie, od czasu do czasu wzmocniwszy uścisk i zauważyłem, że nie odwraca wzroku od swoich ubrudzonych lubrykantem dłoni. Zamruczałem na widok cieni w oczach chłopca i zwilżonych śliną ust, na które co trochę zakradał się szelmowski uśmiech. Poczułem kciuk na samym szczycie członka i na drżących ramionach oparłem się o nagie i ozdobione księżycowymi odblaskami uda, a złączywszy nasze czoła opuściłem powieki, słabe i sparaliżowane wrażeniami, dysząc ciężko i nierówno.
– Lubię cię dotykać.
Nie chcąc ominąć żadnego fragmentu stwardniałego mięśnia ze skupionym na nim wzrokiem nieprzerwanie pracował dłonią, aż w końcu ścisnął mnie mocno, z kciukiem na szczelinie członka, boleśnie dociśniętym, którym następnie w amoku zaczął zataczać wcale nie delikatne kółka, co sprawiło, że na tęczówkach eksplodowało mi milion białawych kleksów i zacisnąłem dziąsła, zrezygnowawszy z otwierania oczu. Paznokciami wbił się we mnie i rozchyliłem usta, będąc za bardzo zamroczonym na wydanie z siebie dźwięku; odnalazłem drobne biodra i zderzyłem się ustami z ich właścicielem, ciężarem ciała zmusiwszy do runięcia na materac zawisłem nad nim i rozluźniłem zaciśnięte na moim członku dłonie swoimi własnymi, nie chcąc szczytować samotnie, a on, z niezadowoleniem, zmarszczył czoło na ten ruch, tęskniąc za mną w swoich rękach.
Uśmiechnąłem się, całując, nie mogąc zdobyć się na rozerwanie stworzonych śliną nici, czemu wcale się nie sprzeciwiał, a wręcz z oddaniem oddawał muśnięcia ust oraz ostrożne ugryzienia; czułem twardość białych zębów na swoich własnych, czułem na sobie rozochocone dłonie, ale szczytem wszystkiego było niewyraźne, ledwie zauważalne, miętowe wspomnienie, osiadłe na należących do niego wargach, które kochałem i które równocześnie niosło ze sobą słodki aromat namiętności.
Nieoczekiwanie oderwaliśmy się od siebie, łącząc wzrokiem i chwyciłem udo młodszego, usłużnie zarzucone mi na ramię i nie wiadomo dlaczego naznaczone śliną. Drugie bezwładnie owinęło się wokół mnie w pasie, a w okolicach kręgosłupa mogłem poczuć minimalnie szorstką skórę na pięcie chłopca, która raz za razem osuwała się na materac za mną i desperacko wracała do należnego sobie lokum. Umieścił dłonie na moim karku, z czułością bawiąc się obecnymi tam włoskami, a obecne w oczach oddanie oraz oczekiwanie zabarwione zostało na czekoladowo. Ze skupieniem nakierowałem się na zwilżoną niebieskim żelem obręcz i drżąc nieznacznie rozchyliłem skropione potem pośladki celem ułatwienia sobie zadania, a leżący na materacu zakręcił biodrami, co sprawiło, że minimalnie wsunąłem się w wers zaróżowionych mięśni całkowicie nie celowo.
Jęknięcie, długie, niskie i cichutkie, zakradło się na usta chłopca, a następnie szelest urwanego zaczerpnięcia oddechu rozkruszył się na kawałeczki w arkuszach mroku i nachyliłem się, własnymi chłonąc słodkie westchnięcia, z niewyraźnym trudem wchodząc w drżące ciało, które zdawało się zachowywać niczym instrument w moich ramionach, chłonęło me uczucie i nie zostawało na nie bierne; oddawało mi się całkowicie, będąc dniem, nocą oraz czymś, co nienazwane, schowało się na krawędzi tych dwóch stanów. Nieruchomo uniosłem wzrok i zacząłem studiować twarz młodszego, z zaciśniętymi ustami, zaróżowioną skórą oraz oczami ze skupieniem zakotwiczonymi w moich, wszystkimi zmysłami czerpiąc rozkosz z okrutnie zaciśniętych na mnie mięśni oraz widoku leżącego na materacu istnienia, którego udo bezsilnie spoczęło na łóżku, zsunąwszy się ze mnie. Sięgnąłem za siebie celem schwytania drobnych, zaciśniętych na moim karku dłoni, które następnie ułożyłem obok rozrzuconych, kruczych włosów i złączyłem ze swoimi, to samo czyniąc z naszymi wargami, lecz tym razem ucałowałem te malinowo-miętowe wzgórza ostrożnie i bez zębów, delikatnie i miękko.
Zatoczyłem biodrami, a westchnięcie młodszego, będące swoistym impulsem elektrycznym, załaskotało mnie w usta; uniósł się, żebrami zderzywszy się ze mną, co sprawiło, że mimowolnie wysunąłem się z należącego do niego, wręcz wrzącego wnętrza i w odsłoniętą część męskości uderzyło mnie nocne wspomnienie chłodu, na które zadrżałem, z trudem łapiąc oddech. Uścisk na moich dłoniach wzmocnił się, a ostre, malutkie paznokcie zakotwiczyły mi się w skórze, szarpiąc i drapiąc, raniąc nieustannie. Nie wiedząc kiedy wsunąłem się w młodszego znowu, stanowczo, ale ostrożnie i czułem, że zaciśnięte na mnie mięśnie, oczarowane melodią dwóch ciał, usłużnie tracą na sile swoich szczęk.
Powtórzyłem czynność i z zaciśniętymi zębami, wolno i mocno, uderzyłem, a własnymi ustami chłonąc zduszone i urwane stęknięcie młodszego docisnąłem nasze złączone dłonie do materaca, na który zsunęła się krucza aureola niczym księżycowa uciekinierka, nie mogąca znieść obecnego na sobie, krytycznego wzroku nieba, nieśmiała. Poczułem, że uda, zaciśnięte na moich biodrach, tańczą razem ze mną i z zadowoleniem oraz uśmiechem dostrzegłem roziskrzone sztuczne ognie w oczach ich właściciela; z namaszczeniem zacząłem naznaczać młodszego muśnięciami ust i ze skupieniem, ostrożnie, wysunąłem się z niego, ale nie dałem szans na okazanie niezadowolenia, bowiem wbiłem się w ciasne wnętrze ostro i agresywnie, gryząc w ramię, aż ciemność zabrudziło, barwiąc sobą należące do drobnego chłopca wargi, me imię, a w smoliście czarnych włosach zalśniła, za bardzo nierealna w idealności, łza.
– Z-Zrób tak znowu, do... dobrze?
Usłużnie i z rozkoszą, samemu czerpiąc z tego radość, spełniłem życzenie, aż ramiona młodszego, rumieniąc się wściekle, otuliło milion śladów moich zębów niczym różowe, kwieciste wiązanki drzewa wiśni na wiosnę, a on sam, nie mogąc wydobyć z siebie dźwięku, zaszlochał w milczeniu; drżąc, oswobodził dłoń z dzielonego ze mną uścisku celem nakierowania się na własnego członka i nie minęło dużo czasu, zanim, narzuciwszy szybsze tempo, znowu złączyłem nasze ręce. Dosłownie balansowałem na krawędzi i wiedziałem, że zaraz rozkruszę się na kawałeczki, ale mimo to na bezdechu znowu wbiłem się w młodszego, a zamknięta w moich sidłach męskość wrzała, tętniąc niebezpiecznie, miałem wrażenie, do akompaniamentu mlaśnięć dwóch obnażonych ciał, istnień.
– K-Kochanie?
– Uhhm, mu-musisz... właśn-właśnie t- cholera, MINHO – wyrzucił z siebie, krzycząc w momencie, w którym znowu zaatakowałem należące do niego wnętrze, a złączona ze mną dłoń mocno ścisnęła trzon członka; odwrócił wzrok, dysząc ciężko.
– Uwielbiam cię.
Ostatni raz wślizgnąłem się w młodsze ciało i rozlałem się w nim, mocno, co on zrobił także, z moim imieniem na swoich ustach, raz za razem zdobiąc nasze ciała białawymi wiązkami nasienia, słodkimi i łaskoczącymi, na których widok westchnąłem, zanim ostatecznie, bezwładnie osunąłem się na czarnowłosego, będąc za bardzo zmęczonym na wysunięcie się z rozluźnionego, sparaliżowanego orgazmem wnętrza. Poczułem słabe, trzęsące się ramiona na swoich własnych i chłodne, diamentowe łzy na torsie, ale nie ocierałem ich, czekałem, aż strumień ustanie, a źródło zaśnie; wyszedłem z niego, ostrożnie, a następnie sięgnąłem dłonią w stronę zrzuconego z łóżka okrycia i nie zważywszy na to, że może się zbrudzić, otuliłem nim nasze ciała, bowiem nie chciałem narażać młodszego na zimne, złowieszcze muśnięcia ciemności, szczególnie teraz, całkowicie... zdewastowanego.
– Minho, wiesz – zaśmiał się cicho – wcale nie miałem trudności z zaśnięciem.

[2696+298]

2 komentarze:

  1. Ok, przybyłam, Ty mściwy człowieku xD
    Przeczytałam już wczoraj, ale skupienie mi się nieco wtedy posypało, a sama przyznasz, że przy Twoich tekstach trzeba się nieco skupić, co niezwykle cenię.
    Od razu powiem, że 22 wcześniej nie czytałam (ogólnie czytałam tylko te, które skomentowałam), więc musiałam nadrobić. Sama sytuacja z pozornymi trudnościami w zaśnięciu jest urocza, ale naturalnie przeistacza się w coś niesamowitego. Co mi się tu podobało, to oczywiście piękne ubranie pozornie pospolitych kwestii w słowa, ta charakteryczna poetyckość Twojego pisania nieco jednak tutaj kontrastuje ze sferą dosłowności, z tymi wszystkimi "członkami", "kroczami" itd. >.< Czarujesz mnie opisami dźwięków i zapachów towarzyszących temu zbliżeniu dwóch uzależnionych od siebie ciał. Podoba mi się też subtelne, ale ciągłe towarzystwo księżyca, który nadaje wszystkiemu ten niepowtarzalny odcień nocy. Pisanie z perspektywy Minho dało też duże pole do popisu w kwesti opisywania wyglądu Taemina, co sama uwielbiam robić, i co Tobie też wychodzi tak soidgjworigjerg *o* Aczkolwiek używanie w smutach słowa "chłopiec" nieco mnie razi, zalatuje pedofilią czy coś... >.<
    Jest tu masa fragmentów, które mi się bardzo podobały, ale nie będę znów kopiować, to raczej bezsensu *o*
    Strasznie Cię przepraszam za tak mało treściwy i dość krótki komentarz (i brak tych wszystkich feelsowych caps locków; feelsy były, ale dzisiaj nie mam dobrego dnia na wyrażanie emocji, wiec---), ale mam obecnie nieogar godny Taemina i Onew razem wziętych, do tego masę spraw na głowie, ten tydzień jest szalony.
    Jesteś mściwym stworzeniem, którego nie potrafię nie kochać, idę ~~<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nauczysz się mnie nienawidzić, zobaczysz<3
      Masz rację z tym "chłopcem", ale też mi dziwnie było używać słowa "mężczyzna", a "chłopak" brzydko mi czasami wygladało... (tak, ja i moje dziwactwa, wszystko musi wyglądać ładnie i w ogóle ;__;) następnym razem to zmienię, jeżeli w ogóle będzie następny raz, bo to mnie wymęczyło i jdsngujnefmsd zdechłam, nie umiem w to.
      Spokojnie, przecież to dobry komentarz^^ Trzymam kciuki, że przeżyjesz jakoś tydzień~ na pewno dasz radę ze wszystkim, co tam cię męczy, fighting<3

      Usuń