___________________________________________________________
tytuł:
through the dark
typ: shinee!nie-au
gatunek:
lekki angst
pairing:
2min
długość: miniaturka
___________________________________________________________
Uwięzione
pomiędzy moimi palcami szpitalne prześcieradło porusza się z
cichym szelestem do akompaniamentu czterech urywanych oddechów,
których ciepłe wspomnienie owiewa mi skropioną osiadłymi na czole
i czubku nosa kropelkami potu twarz, kiedy leżę nieruchomo, tańcząc
pośród otaczających mnie kłębów mlecznej mgły. Nie odróżniam
poszczególnych dźwięków; ledwie słyszalny szept dociera do moich
uszu, lecz zagłuszany przez szum krążącej w żyłach krwi niemal
natychmiast niknie w odmętach bieli, nierozpoznany pomimo
morderczego wysiłku umysłu. Oszołomiony środkami przeciwbólowymi
unoszę się gdzieś poza czasem, na czarnym aksamicie powiek łącząc
wszystkie rozbiegane myśli w nielogiczną, pozbawioną sensu całość,
zabarwioną zielonkawym kolorem chirurgicznych fartuchów.
Płynę, popychany przez chłodne fale słonego oceanu, nie do końca
wiedząc, gdzie znajduje się jego dno. Mam wrażenie, że wszędzie,
ale w następnej chwili palce moich stóp natrafiają na twardy,
zbity piasek i ostre, wystające z powierzchni ziemi skały i znowu
zaczynam gubić się we własnych, niedorzecznych domysłach.
Ciężkie powietrze muska moje płuca, a na wargach czuję jego
słodkawy smak, który boleśnie piecze w gardle, kiedy z uwagą
liczę brane wdechy niczym puste, nikomu nieznane i przez nikogo
nienazwane przestrzenie pomiędzy sekundami. Szelest prześcieradła,
dotychczas ledwie zauważalny, teraz zagłusza wszystko inne, łącznie
z miarowymi uderzeniami przewiercanego niepokojem serca.
– Taemin?
Głos pulsuje w ciemności rażącą w oczy łuną, a wszystkie moje
mięśnie sztywnieją, kiedy dociera do wypełnionych słoną wodą
uszu. Nie wiem skąd dobiega ani kto jest jego właścicielem,
skupiam się na smukłych wiązkach światła, które tańczy na tle
moich zamkniętych powiek i złośliwie drażni niczym ziarenka
suchego piasku, napełniając mnie całego uczuciem niemiłego
dyskomfortu. Próbuję mrugać, jednak własne powieki odmawiają
posłuszeństwa, są głuche na ciche prośby i nalegania, chłodne i
tępe, wrogie.
Wiem, że z nimi nie wygram, więc pozwalam kroplom wspomnień,
przebłyskom minionych dni, zmyć z powierzchni moich tęczówek
gryzący kurz, który, takie mam wrażenie, spływa po moich
policzkach gorącymi strumieniami, jednak stępiona środkami
przeciwbólowymi pamięć nie chce współpracować.
Zastanawiam się, gdzie tak właściwie jestem, teraz, kiedy napór
oceanu zmalał, rozpłynął się, zamknął samego siebie w białych
ramach polaroidowego zdjęcia.
Być może wcale mnie nie ma, dochodzę po chwili do
niedorzecznego wniosku, jednak kiedy dziwnie obce ciepło zamyka moje
palce w uścisku ta cicha, krążąca na granicy świadomości i snu
myśl kruszy się, błyszczącym pyłem zdobiąc ciemność. Chociaż
nie potrafię zidentyfikować tego tajemniczego dotyku, czuję go
bardzo wyraźnie, bo aż na samym czubku nosa, rozchodzi się po
całym ciele.
Muszę być, myślę. Muszę gdzieś być, po
prostu zabłądziłem.
Pomimo szorstkiego materiału prześcieradła pomiędzy palcami,
którego uczucie towarzyszy mi nieprzerwanie od dobrego tysiąca i
dwustu szesnastu oddechów, do szału doprowadzając swoją
realnością, nie sądzę, bym był tam, gdzie ono. Na
unieruchomionych wargach czuję niemą, nieśmiałą uwagę własnego
umysłu, że jestem niczym wyrwana, postrzępiona kartka książki
formatem niepasująca do opasłego, zapomnianego tomu, pomiędzy
stronice którego została włożona. Kontury mojego istnienia nie
mogą należeć do rzeczywistości szpitalnego, szorstkiego
prześcieradła, do rzeczywistości ziarnistego, piaszczystego głosu,
do rzeczywistości obcego dotyku, więc gdzie tak naprawdę jestem?
Nic nie wiem, błogie uczucie nieświadomości szkicuje na moich
ustach cień igrającego z pustą, zamieszkaną przez głuche echo
ciemnością uśmiechu, który co chwila zmienia natężenie
szarości, na przemian niknąc i wyłaniając się z gęstej czerni.
– Taeminnie, słyszysz mnie? Taeminnie?
Czułe zdrobnienie przeszywa mnie na wskroś, godząc w skulone,
eksplodujące kolorami obłoki myśli, które usilnie starałem się
trzymać w ryzach, powstrzymując ich agresywny nurt wszystkimi
możliwymi siłami. Niesiony przez głos kurz osiada na moim ciele,
kumuluje się w ustach, nosie, uszach, jednak nie mam ochoty nawet
kichnąć, nie porusza mnie to, słona woda oceanu znowu atakuje,
zmywając go ze mnie orzeźwiającymi, chłodnymi falami.
– Minho, obudzisz go.
Głębokie westchnięcie frustracji, które ześlizguje się z
powierzchni mojego języka, na kanwie zamkniętych oczu wybucha
milionem kolorów niczym sztuczne ognie w sylwestrową, huczną noc,
przez trzy krótkie chwile dominując nad ciemnością. Na samym
krańcu świadomości dostrzegam pas soczystej zieleni, słyszę
cichy szept szeleszczących liści i niesiony wiatrem śmiech traw,
głos jest delikatny, miękki, kojący, pachnie wiosną, zupełnie
inny od poprzedniego, ziarnistego.
To niedorzeczne, przechodzi mi przez głowę, przecież
wcale nie śpię, więc jak ma mnie obudzić?
Dłońmi błądzę w przestrzeni, rozprostowuję zaciśnięte
na prześcieradle palce, szukam punktu zaczepienia, który być może
w ogóle nie istnieje, być może nic, czego doświadczam w tych
ciemnościach nie jest prawdziwe, być może wszystko jest
złudzeniem, niewyraźnym obrazem za zaparowaną szybą pędzącego
po autostradzie auta, nie wiem.
– Nie sądzicie, że powinniśmy dać mu odpocząć? Musi być
zmęczony.
Głos jest cichy i niski, nieco szorstki, ale ciepły. Skupiam się
na rysowanych przez wyobraźnię liściach herbaty, które rozrzucone
w nieładzie tworzą w przestrzeni egzotyczne ornamenty, linie
pozornie nieposiadające sensu, czuję gorzki aromat naparu i taki
sam posmak na krańcu otępiałego języka, a liżący przełyk
wrzątek delikatnie łaskocze.
Zmęczony?, zastanawiam się przez dłuższą chwilę.
Dlaczego miałbym być zmęczony?
Pachnący poziomką oddech, miarowy i słodki, owiewa mi twarz i
osiada na moich wargach, składa na nich motyle, przelotne pocałunki,
delikatnie muska policzki, wypełnia sobą naznaczone nieobecnością
pozostałych głosów powietrze. Pozwalam, by jego ciepło służyło
mi za przewodnika, by pociągnęło mnie w stronę nieznanego echa,
za którego granicą leżała zagubiona przeze mnie rzeczywistość.
– Taeminnie, dlaczego to tak długo trwa?
Wzdycham, wzruszając beznamiętnie ramionami brnę w ciemność,
nagimi dłońmi rozgarniam sczerniałe obłoki kurzu, z szorstkością
prześcieradła łaskoczącą w palce gdzieś na końcu świadomości.
W rzeczywistości, która czeka na mnie na końcu obcej pustki,
materiał jest delikatny i miękki, pachnie proszkiem do prania i
słodką poziomką, a ja jedynie muszę odnaleźć drzwi znajdujące
się na granicy chłodnego echa.
Zabawne, śmieję się, to tak jakby mieć dwie pary rąk,
każdą gdzieś indziej.
Coś twardego zderza się z moją klatką piersiową, spanikowane
powietrze ucieka ze ściągniętych przerażeniem płuc, momentalnie
odskakuję. Marszczę brwi, wyciągam wykreowane przez umysł
dłonie, zatapiam palce w wilgotnej powierzchni znajdującej się
przede mną ściany. Oddech bolesnego, blokowanego przez świadomość
wspomnienia tańczy na moim karku, budząc ukryte pod skórą
dreszcze.
Zagryzam wargę, czekam na chłodną falę oceanu, modląc się o
zbawienie, które nie nadchodzi. Sekundę potem uświadamiam sobie,
że być może właśnie tam, za arkuszem minionych dni, tkwi
utracona przeze mnie rzeczywistość i zatapiam w nim ręce po same
łokcie, jednocześnie słysząc za sobą szum pędzącej wody, szum
nieokiełznanych, bielących się na tle ciemności fal, jednak
jeżeli teraz się wycofam, nie będę mógł wrócić, a ściana
zniknie razem z szorstkim prześcieradłem, które czuję pomiędzy
zdrętwiałymi, otoczonymi ciepłem palcami.
Następna sekunda niesie ze sobą płomień bólu, którego źródło
tkwi w dolnej części mojej prawej nogi, potykam się i upadam,
całkowicie zanurzając się w szarości wspomnienia. Podnoszę się
i uciekam, biegnę, nie mogę znaleźć wyjścia, tonę w płynącym
z niewiadomego kierunku morskim świetle, a głośna, raniąca uszy
muzyka dodatkowo miesza mi w głowie. Zaciskam zęby i rozglądam się
dookoła, ściśnięty przerażeniem nie spoglądam w dół, znany na
pamięć scenariusz szczerzy do mnie zęby i czeka, chociaż być
może czekał cały czas.
Idę ciasnym, słabo oświetlonym korytarzem, a śmierdzący oddech
wspomnienia nie odstępuje mnie na krok, potęguje się z każdą
chwilą mojego marszu, podduszając od środka. Dochodzę do
szerokich na dwa metry drzwi, popycham je drżącą dłonią i
przekraczam próg pomieszczenia.
Cofam się i zasłaniam oczy, potrząsam głową, chcąc pozbyć się
widoku stłoczonych na środku chirurgów, zieleń ich fartuchów
wwierca się w mój umysł, nozdrza drażni szpitalne powietrze,
przesiąknięte gorzkim zapachem żelaza i leków przeciwbólowych,
sterylności nie do zniesienia. Jęczę, osuwając się po
zamkniętych drzwiach, które pomimo naporu mojego ciała nie chcą
ustąpić. Teraz, kiedy obce echo i chłodną ciemność wreszcie
zastąpiły żywe kolory, mam ochotę wrzeszczeć i uciec, zatracić
się w prześlizgującej się przez palce nieświadomości, za którą
zaczynam tęsknić.
Odsuwam drżące dłonie od zaciśniętych w panice powiek.
{xxx}
Prześcieradło zamienia się w miękki, puszysty koc, który
rzeczywiście pachnie słodką poziomką, rozprostowuję zaciśnięte
na nim palce. Piach, wcześniej chrzęszczący mi pomiędzy zębami i
raniący dziąsła zmienia się w cukier, słodki posmak roztapia się
na moim języku, głos nie brzmi ziarniście ani szorstko, jest
delikatny, niesiony przez gęste, wypełniające szpitalną salę
powietrze.
– Taemin, wszystko w porządku?
Nie odpowiadam, próbuję się podnieść, dłonią chwytam brzeg
koca i chcę go zrzucić, ale silne ramiona starszego, brązowookiego
chłopaka przybijają mnie do twardego materaca.
– Jest w dobrym stanie. Bardzo długo spałeś, zaczynałem się
martwić.
Nie mogę mu uwierzyć, nie wiem, dlaczego. Muszę przekonać się
na własne oczy, więc mimo protestów starszego zgarniam koc,
odsłaniając kilometry białych bandaży, które oplatają moją
nogę niczym węże boa. Wzdrygam się, zagryzając wargę, ale nic
nie mówię, zbyt zszokowany tym niecodziennym widokiem. Nie mogę
powstrzymać fali wstydu, która zalewa mnie chwilę potem,
odbierając zdolność logicznego myślenia. Nie chcę nawet myśleć
o tym, ile osób musiało widzieć ten upokarzający upadek na
scenie, który przywiódł mnie aż tu.
– Boże – jęczę w końcu – to wygląda okropnie.
– Przecież nic nie widać – mówi starszy, prostując moje
zaciśnięte na brzegu koca palce, by ukryć bandaże pod ciepłym
materiałem.
– Chcę do domu – mówię, chociaż po sekundzie uświadamiam
sobie, że tak naprawdę nie robi mi różnicy, gdzie jestem; byle z
dala od obcego echa, ciemności i przesiąkniętego żelazem
powietrza, wszędzie, byle nie we wspomnieniach. – Czy narkoza
zawsze tak działa?
– To znaczy? – pyta starszy.
– Było ciemno – tłumaczę słabym głosem. – Było ciemno,
zimno i pusto. Było dużo piachu.
– Taemin-ah, obawiam się, że nie rozumiem.
– Jakoś tak... nie wiem, po prostu było nieprzyjemnie – mówię
i wzruszam ramionami. – Nieważne.
Chłopak wzdycha, zamykając moje palce w ciepłym uścisku, który
ani trochę nie przypomina tego obcego i chłodnego, a ja cieszę
się, że wreszcie wróciłem, że wreszcie jestem.
a/n: musiałam się wyżyć po opowiadaniu na egzaminie, więc otworzyłam worda i wyszło to. teoretycznie miało być napisane już dawno temu, bo zaczęłam od razu po tokyo dome, ale potem wena mnie jakoś opuściła i porzuciłam pomysł. ale teraz już jest i naprawdę nie wiem, co o tym myśleć, to takie nie wiadomo co!
OBOŻENIEWIESZJAKTĘSKNIŁAM ! ! !
OdpowiedzUsuńSerio, nie nagabywałam Cię, nie pytałam czemu tu tak cicho, bo wiem, że się uczysz. Ale jak zobaczyłam nowość od atmosphere to takie "oijroqeifjwoeigfjworg" i porzuciłam mój rozdział dla Ciebie.
Ok... najpierw zerknęłam na a/n... czy moje oczy widzą "Tokyo Dome"? Czy moje serce zaczyna szalony galop? Popędziłam więc do czytania i już po pierwszych zdaniach zorientowałam się o co chodzi, omgoijfoifwefwecds ZACO.
Ok. Ogar.
Idealny dobór narracji, czas teraźniejszy świetnie oddaje stan, w jakim Taemin się znajduje. Jak Ty to robisz... jak Ty to robisz, że pozawalasz mi w pełni barw i dźwięków zobaczyć to, co ma przed oczami Twój bohater? Poczuć to, co kłębi się w jego zamroczonym umyśle.
Boże. Serio tęskniłam za Twoimi nieskończonymi pokładami wbijających mnie w ziemię metafor <3
Nie wiem co mam napisać *łapie się za głowę* sposób, w jaki opisujesz stan Taemina, i te niedorzeczne słowa "Być może wcale mnie nie ma", to jest po prostu genialne, a sposób, w jaki działa na niego ten dotyk, który utwierdza go w przekonianiu, że jednak istnieje, "po prostu zabłądziłem" iaojwroiejfwefwef NIEMAMSIŁYHELP
To, że liczy własne oddechy, jedyny stabilny element rozmytej rzeczywistości *o* i porównanie do książki *o*
"Kontury mojego istnienia nie mogą należeć do rzeczywistości szpitalnego, szorstkiego prześcieradła, do rzeczywistości ziarnistego, piaszczystego głosu, do rzeczywistości obcego dotyku, więc gdzie tak naprawdę jestem?" - my dear, po prostu mnie zabijasz, help ;-;
"eksplodujące kolorami obłoki myśli " - ...*rzuca laptopem* nie.mam.siły. <3
HERBATA
*umarła*
Boże, nie. Zapomniałam jak na mnie działają Twoje teksty. A jak do tego dołożę mnogość emocji, które przeżyłam tamtego dnia, kiedy Taemin rzeczywiście upadł........ x.x NIENIENIENIE. Protestuję.
Ciepło głosu, które służy za przewodnika i prowadzi ku zagubionej rzeczywistości... dlaczego mi to robisz, dlaczego mnie zabijasz pięknem tego tekstu? Cóż ja Ci takiego uczyniłam, że się w ten sposób mścisz? ;-; <3
Ja... ja nie wiem...
Kocham Cię, no ;-; Może już skończę ten kompromitujący komentarz, hm?
*wychodzi*
omo, omo, naprawdę? *-* woah, nie sądziłam, że ktokolwiek to w ogóle przeczyta, bo nie było mnie dosyć długo... ogarnia mnie bezgraniczne szczęście, omo~ dziękuję za taki cudowny komentarz i mam nadzieję, że laptop w porządku?
Usuńps. cały czas czekam na to nowe ff od Ciebie, wiesz? T_______T
Znalazłam się tutaj zupełnie przypadkiem, ale muszę powiedzieć, że poetyckość Twoich opisów uderzyła mnie już po pierwszym zdaniu i szalenie nią zaskoczona kontynuowałam chłonięcie tekstu, w pewnym momencie nie mogąc się powstrzymać od czytania na głos. To jest wprost szokująco piękne, jakbym się zanurzyła w gęsty, biały puch! Ta poetyckość, ten oniryzm, tj. przedstawienie uczuć towarzyszących otumanieniu narkozą przez elementy sennych wizji, ta cudowna synestezja - łączenie określeń jednych zmysłów z określeniami innych („szept (…) niknie w odmętach bieli”, „myśl kruszy się”), te nietypowe związki wyrazowe jak „akompaniament oddechów”, „kontury mojego istnienia”, ta impresja opisów i brak logiczności – aż koniecznie musiałam zastosować tutaj określenia literackie, do których myślałam, że już nigdy nie wrócę po zakończeniu edukacji języka polskiego. To było tak piękne, aż chwytałam się za serce, przeskakując z akapitu do akapitu, i musiałam robić przerwy, aby po kilka razy odczytać te same zdania. Naprawdę nie czekałam na żaden rozwój akcji, bo dla mnie mogłabyś tak w nieskończoność pisać wyobrażenia odurzonego lekami pacjenta – od tonięcia w słonym morzu, po spacerowanie po piasku i zielonej trawie, przez kurz, liście herbaty i słabo oświetlony korytarz o białych ścianach. A to wszystko dlatego, że Taemin, upojony jeszcze narkozą i lekami, tkwił na granicy przytomności i nie potrafił otworzyć oczu, kiedy Minho rozmawiał przy nim z pielęgniarką w szpitalnej sali. Powiem szczerze, że wolałam sobie nie uświadamiać, że to wszystko spowodowane jest urazem nogi. Mogłabym tak do końca pozostać w nieświadomości wydarzeń i w tych niepokojących wyobrażeniach Taemina.
OdpowiedzUsuńPrzepiękne, cudownie plastyczne opisy winszuję:
„Oszołomiony środkami przeciwbólowymi unoszę się gdzieś poza czasem, na czarnym aksamicie powiek łącząc wszystkie rozbiegane myśli w nielogiczną, pozbawioną sensu całość, zabarwioną zielonkawym kolorem chirurgicznych fartuchów.”,
„(…) kiedy z uwagą liczę brane wdechy niczym puste, nikomu nieznane i przez nikogo nienazwane przestrzenie pomiędzy sekundami.”,
„Zastanawiam się, gdzie tak właściwie jestem, teraz, kiedy napór oceanu zmalał, rozpłynął się, zamknął samego siebie w białych ramach polaroidowego zdjęcia.”,
„Kontury mojego istnienia nie mogą należeć do rzeczywistości szpitalnego, szorstkiego prześcieradła, do rzeczywistości ziarnistego, piaszczystego głosu, do rzeczywistości obcego dotyku, więc gdzie tak naprawdę jestem?”,
„eksplodujące kolorami obłoki myśli, i „nagimi dłońmi rozgarniam sczerniałe obłoki kurzu”.
Masz mnie zupełnie. Uwielbiam takie składy słów! Czuję się bezwzględnie zmuszona rozejrzeć po Twojej pozostałem twórczości. Pozdrawiam, całuję autorskie rąsie i życzę pokładów weny!
Skaczę z radości, że tak bardzo Ci się spodobało, szczerze mówiąc nie oczekiwałam żadnych nowych komentarzy pod tym oneshotem, ale mile mnie zaskoczyłaś, aż trudno mi sobie to wyobrazić, że ktoś postanowił coś tu napisać, pomimo że właśnie ostatni post dodałam dość dawno... Cóż, nie będę owijać w bawełnę, mówiąc, że napisanie tego przyszło mi łatwo, ponieważ umierałam w męczarniach, łamiąc sobie głowę nad doborem słów i układaniem wszystkich innych, pokręconych rzeczy... ale myślę, że wysiłek się opłacił. Dziękuję za tyle cudownych słów i mam nadzieję, że nie zawiodę Twoich oczekiwań następnymi opowiadaniami ^^
Usuń