sobota, 7 lutego 2015

sacred: chapter one

*sierpień 2012*

Ciepły promień letniego słońca, przebijający się przez brudną, szarą zasłonę, o której jeszcze kilka miesięcy temu można było powiedzieć, że ma kolor biały, wypełnił małą, skąpaną w mroku minionej nocy sypialnię. Leżący na łóżku chłopak zmrużył oczy, krytycznym wzrokiem obrzucając jedyne znajdujące się w pokoju okno, a potem sięgnął po leżącą na podłodze paczkę papierosów, wygrzebując się z pościeli. Stojący na szafce nocnej budzik wskazywał kilka minut po godzinie dziewiątej, miasto już dawno zdążyło obudzić się do życia; cienkie ściany mieszkania przesiąknięte były cichym pomrukiwaniem silników aut, głuchym tupotem stóp oraz echem prowadzonych na chodniku rozmów.
Taemin sięgnął po leżącą u progu sypialni wygniecioną koszulkę, przeklinając w myślach fakt, że nie posiadał żadnego żelazka; z papierosem trzymanym między zębami udał się do kuchni, rozglądając za jakimkolwiek znajdującym się w zasięgu oka czystym kubkiem, mając cichą nadzieję, że nie będzie musiał rozpoczynać dnia od zmywania naczyń.
Usiadł na jednym z parapetów, wyglądając przez okno, za którym rozciągała się mozaika kolorowych bloków mieszkalnych i ledwo zauważalne westchnienie opuściło jego zaróżowione, malinowe usta, a w orzechowych oczach pojawiła się mała iskierka radości; zaciągnął się gęstym, wypełniającym całe pomieszczenie dymem, uśmiechając pod nosem. Obserwowanie ludzi było jedną z jego ulubionych czynności, szczególnie rano i wieczorem, kiedy na ulicach było ich zdecydowanie najwięcej; nie potrafił wyjaśnić, co takiego ciekawego widział w ich sposobie bycia, co takiego tak naprawdę go w nich pociągało, jednak za każdym razem, gdy przeczesywał morza rysujących się pod jego oknem głów, nie mógł powstrzymać cisnącego się na twarz uśmiechu.
Wyrzucił na wpół wypalonego papierosa przez uchylone okno, obserwując uważnie jego lot i cienką strużkę dymu, która unosiła się w powietrzu przez kilka dalszych sekund, zanim zniknęła, rozpływając się bezpowrotnie; tak samo jak każde pojedyncze ludzkie życie, przeszło mu przez głowę, zanim zdążył odwrócić wzrok od zatłoczonej ulicy.

▲▼

Taemin przerzucił wytartą materiałową torbę przez prawe ramię, kilkoma sprawnymi ruchami dłoni uwięził niesforne, długie kosmyki włosów w niezbyt delikatnych objęciach gumki recepturki, a potem, chwytając schowaną w ciemnym rogu zniszczoną deskorolkę opuścił wypełnione gęstym dymem papierosowym mieszkanie. Kiedy pierwszy podmuch ciepłego wiatru uderzył go w twarz, rozwiewając miedzianorudą grzywkę i figlarnie tańcząc pomiędzy pojedynczymi luźnymi pasmami amatorskiej fryzury, znacznie ograniczając jego pole widzenia, prychnął pod nosem z powoli rosnącą irytacją. W głębi duszy przeprosił wszystkich żyjących obecnie na tym świecie fryzjerów i stylistów, którzy mieli nieprzyjemność go spotkać, a potem, wypełniając przestrzeń pomiędzy powoli upływającymi sekundami cichym, zrezygnowanym westchnięciem, całkowicie zatracił się w małym świecie pokrętnych seulskich ulic i alei, uważnie wysłuchując wszystkich historii, jakie szeptały mu na ucho wiekowe mury kamienic znajdujących się w tej części miasta.
W powietrzu unosił się aromat dopiero co zmielonej kawy, wymieszany z wymykającym się przez otwarte okna biurowców zapachem świeżo użytego tuszu do drukarki, które razem z zawieszonymi kilka metrów nad ziemią dławiącymi obłokami spalin tworzyły typową dla cierpiącego na wieczną bezsenność miasta gęstą i nieprzyjemnie lepką mieszankę. Sprawiające wrażenie postrzępionych przez szczyty seulskich wieżowców chmury tworzyły na niebie asymetryczną szachownicę, a górujące nad nimi słońce budziło uśpione w karoseriach zatrzymujących się na światłach aut refleksy.
Taemin przekroczył próg jednej z wielu kawiarni, których na przedmieściach miasta co roku przybywało w zastraszającym tempie. Wiszący u drzwi dzwonek obwieścił jego przybycie, mącąc panującą w otulonym półmrokiem pomieszczeniu ciszę, jakby nie zdając sobie sprawy, że ta mogła poczuć się dogłębnie urażona. Przebijając się przez mur ciekawskich spojrzeń dotarł do znajdującego się przy dużym oknie panoramicznym stolika. Usiadł z ledwie słyszalnym westchnięciem, dłonią zgarniając rozczochraną grzywkę z powrotem na czoło, skutecznie odgradzając się od reszty klientów miedzianorudą, lekko podziurawioną zasłoną.
– Znowu spóźniony – rzucił w przestrzeń obojętnym tonem, ledwie poruszając spierzchniętymi wargami, gdy kilkanaście długich minut później stwierdził, że wskazówka wiszącego nad długim barem zegara już dawno przekroczyła małą, prawie niewidoczną z drugiego końca sali trzynastkę, a na horyzoncie nadal nie było widać żadnego śladu jasnowłosego chłopaka.
Z braku żadnego interesującego zajęcia rozejrzał się po sali, studiując wzrokiem siedzących przy małych stolikach klientów, pomiędzy którymi z zapożyczoną od średniowiecznego kowala gracją poruszała się przeraźliwie chuda kelnerka, rozlewając po podłodze pieniące się capuccino. Unoszące się znad szklanek obłoki pary mieszały się z szumem rozbijających się o nisko zawieszony sufit rozmów, a wpełzające do środka pomieszczenia przez panoramiczne okno promienie słońca rzucały na podłogę ciemne, przybierające dziwne wyrazy twarzy cienie.
Oczami wyobraźni zobaczył przed sobą skromnie urządzoną recepcję zapuszczonego motelu, który zbankrutował na początku lat sześćdziesiątych, a potem zakurzone półki bogatej w światowe bestsellery księgarni, przeniesionej do centrum miasta jeszcze przed początkiem roku dwutysięcznego. Chwilę później ciche tykanie miliona zegarów wypełniło jego uszy, szkicując na czarnym tle świadomości wnętrze pracowni zegarmistrzowskiej, której właściciel został zamordowany dokładnie rok i trzy miesiące temu, zapoczątkowując serię trzynastu zabójstw zakończonych masakrą w jednej ze szkół średnich, gdzie zginęły trzydzieści trzy osoby, w tym pięciu nauczycieli oraz sześćdziesięcioletni woźny. Zanim sprawca zdążył wyjawić swój motyw, jego klatkę piersiową przeszyło dwadzieścia sześć pocisków oddanych z dziewięciu karabinów maszynowych – według obecnych na miejscu antyterrorystów było to czyste samobójstwo, biedak w desperacji rzucił się na otaczających go policjantów, bredząc coś o Układzie Słonecznym.
Ciche przekleństwo opuściło wargi chłopaka, chwilę później eksplodując w powietrzu z ledwie słyszalnym trzaskiem, gdy krytyczne spojrzenie siedzącego zaledwie stolik dalej mężczyzny, wyraźnie niezadowolonego z raniącego jego wrażliwe uszy słowa, przeszyło dzielący ich dystans.
Taemin potrząsnął niezauważalnie głową, pozbywając się naszkicowanego na powierzchni orzechowych tęczówek zamglonego wspomnienia, które na krótki ułamek sekundy przysłoniło pogrążone w półmroku wnętrze kawiarni i biorąc głęboki oddech sięgnął po przewieszoną przez oparcie spróchniałego krzesła torbę.
Jego dłoń zniknęła w czeluściach materiału, cierpliwe przeszukując przepastne dno, aż w końcu pod opuszkami palców wyczuł przyjemny dotyk powyginanych kartek i zaplamionej herbatą okładki. Książka, którą trzymał w rękach, z wyraźnymi śladami długotrwałego użytkowania, samą swoją obecnością sprawiała, że serce chłopaka biło szybciej, a tęczówki zasnuwała mleczna mgiełka wspomnień, choć tak bardzo oddalonych, to wciąż jeszcze żywych. Szelest pożółkłych kartek otulił go niczym ciepła morska bryza, przynosząc ze sobą uczucie błogiego odprężenia oraz ciężkie angielskie powietrze, które niemal od razu odnalazło drogę do płuc, jakby odziedziczona wieki temu po bliskiej osobie pamiątka.
Jonghyun miał rację – tęsknił, cholernie tęsknił i to było przyczyną tego paraliżującego bólu, którego źródło tkwiło gdzieś w jego klatce piersiowej, a którego nie potrafił zdefiniować słowami. Co noc tonął w morzu czarnej, dzwoniącej ciszy, nie mając nawet pojęcia, gdzie znajduje się góra, a gdzie dół. Ciemność była obok niego, pod nim i nad nim, otaczała swoimi brudnymi mackami, miażdżąc porozrzucane po organizmie pokruszone fragmenty serca niczym kruche odłamki połamanego lustra; ciemność była w nim, naznaczając swoją nieznośną obecnością każdą pojawiającą się w głowie myśl. Czasami zastanawiał się, czy tak wygląda umieranie z powodu tej bezsensownej, nikomu na tym świecie niepotrzebnej rzeczy zwanej tęsknotą, jednak w porę przywracał się do porządku, poszukując w szkicowanych przez dym papierosowy krzywych liniach chwili zapomnienia, mając cichą nadzieję, że zdoła on chociaż częściowo zapełnić ziejącą pustką dziurę pomiędzy lewym a prawym płucem, jedną z wielu nigdy niezabliźnionych ran, jednak w odróżnieniu od większości na pierwszy rzut oka niewidocznej.
Zdradziecka czerń czcionki przesiąkała chropowatą powierzchnię stron, z każdą kolejną coraz bledsza i mniej wyraźna, formując tańczące pod opuszkami palców litery i wyrazy, które na bladej niczym śnieg skórze znaczyły swoją obecność, krzyczące żyletki piszące czerwonym atramentem.
Chłopak przekartkował książkę, wprowadzając w trzepot jej strony. Przyjemny zapach kurzu i starości wypełnił jego nozdrza, rozchodząc się po krwiobiegu, a umysł zalała fala wrażeń i doznań ukrytych pomiędzy wierszami tekstu. Nie wyobrażał sobie, by kiedykolwiek miał się rozstać z trzymanym w dłoniach dziełem. Misternie spleciona fabuła była domem dla jego utraconej młodości, a labirynt wątków miejscem pochówku udręczonej duszy.
Taemin pamiętał noce, pod których osłoną rodziły się wszystkie obecne w książce postacie, pamiętał świszczący pomiędzy spróchniałymi deskami podłogi wiatr i wdzierający się do skromnie urządzonej izby przeraźliwy chłód, ponieważ zima tamtego roku przyszła wyjątkowo wcześnie; szkielety rosnących przy wyboistej drodze do centrum miasta drzew już w połowie listopada pokryły się białym puchem. To właśnie pamięć była jego największym problemem, przysparzającym więcej kłopotów niż włosy i dziewczęca aparycja razem wzięte – pozostawione mu w spadku wspomnienia parzyły, raniąc niczym kolce soczyście czerwonych, zrywanych późnym latem róż, których dławiącym zapachem były przesiąknięte.
– Przepraszam?
Niechętnie podniósł wzrok, zderzając się spojrzeniem ze stojącą przy stoliku kelnerką, młodą dziewczyną ze splecionymi w elegancki warkocz blond włosami i denerwująco równą grzywką. Zmarszczył brwi, czując w nozdrzach silny zapach truskawkowych perfum. Kilka długich sekund zajęło mu przypomnienie sobie, gdzie się znajduje.
– Pańskie cappuccino.
– Nic nie zamawiałem – zauważył, zanim zdążyła się oddalić. – Obawiam się, że zaszła pomyłka.
– Widzi pan stojącego przy barze chłopaka? – zapytała, stawiając przed nim wysoką szklankę wypełnioną pieniącą się kawą; przeraźliwie wysoki głos przeszył jego uszy, a on sam powstrzymał cisnący się na usta grymas. – Chyba wpadł pan mu w oko, bo to od niego. Czy mam coś przekazać?
Taemin pokręcił głową, mamrocząc ciche „dziękuję” i odprowadzając kelnerkę wzrokiem aż pod same drzwi na zaplecze.
Rzeczywiście, przy długim barze, znajdującym się na drugim końcu sali, stał dosyć wysoki chłopak. Kontury jego twarzy rozpływały się w cieniu, zauważyć można było jedynie minimalnie kręcone kosmyki włosów, prawdopodobnie brązowe. Opierał się o blat ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, uważnie obserwując siedzącego przy stoliku długowłosego.
Taemin prychnął w myślach, pogardliwie spoglądając na pieniące się przed nim cappuccino, którego delikatna woń zaczęła powoli wsiąkać w pożółkłe strony otwartej, zniszczonej książki, w dalszym ciągu leżącej na środku stolika. Odwrócił wzrok i nie chcąc marnować czasu na dziecinne zabawy odsunął szklankę jak najdalej od siebie, starając się ignorować drażniący zapach kawy.
Niestety, jego myśli cały czas krążyły wokół ukrytego w cieniu chłopaka, nie pozwalając na dobre zatracić się w przepastnym świecie książki. Westchnął, szukając ujścia dla gromadzącej się w nim frustracji, jednak nie przyniosło to żadnej wyraźnej ulgi.
Taemin nigdy wcześniej nie widział go w tej okolicy, chociaż seulskie przedmieścia znał jak własną kieszeń, doskonale orientował się w terenie, a oprócz tego miał niesamowitą pamięć do twarzy i nazwisk. Pierwszy raz zdarzyło mu się, by nie wiedział, z kim tak naprawdę ma do czynienia. Jego czoło przyozdobiła długa, pozioma zmarszczka, niemająca nic wspólnego z czytaną właśnie lekturą, która dobrych kilka minut temu odeszła w całkowite zapomnienie.
Prawdopodobieństwo, że chłopak pomylił go z dziewczyną, z każdą kolejną chwilą wydawało się mu być coraz mniejsze i nie miał zielonego pojęcia, dlaczego. Nie unosząc głowy ukradkiem zerknął na otoczoną cieniem postać, chowając oczy za kurtyną grzywki. Z tak dużej odległości mógł jedynie stwierdzić, że nogi nieznajomego są zaskakująco długie, sylwetka minimalnie umięśniona, a ramiona szersze niż jego własne.
Wbił spojrzenie w zagięty róg jednej ze stron książki, przywołując się do porządku. Prędzej czy później każdy nowy adorator dawał sobie z nim spokój, więc nie widział powodu, dla którego tym razem miałoby być jakkolwiek inaczej.
– Taemin-ah? – niski głos rozbrzmiał tuż za jego uchem. – Przepraszam, Jinki mnie zatrzymał. Nie czekałeś długo, prawda?
Jasnowłosy chłopak, sylwetką przypominający małego niedźwiedzia, usiadł po przeciwnej stronie stolika, oczami badając wnętrze kawiarni. Ledwo zauważalny cień przerażenia osiadł w jego tęczówkach, a wargi zacisnęły się w pojedynczą, cienką kreskę, odcieniem zlewając się z resztą twarzy. Unikał kontaktu wzrokowego.
– Nie lubię tego miejsca – mruknął pod nosem, uśmiechając się nerwowo.
– Naprawdę? – prychnął długowłosy, spoglądając na chłopaka z ukosa. – Nie domyśliłbym się – rzucił sarkastycznie.
– Przestań – wysyczał z zaciśniętymi zębami blondyn. – Nie pomagasz.
– Czy za każdym razem muszę ci przypominać, że pomaganie tobie nie należy do zakresu moich skromnych obowiązków? Robię to z własnej, nieprzymuszonej woli, jeżeli jeszcze nie udało ci się tego zapamiętać.
Chłopak podwinął rękawy bluzy, nie odpowiadając. Miał chorobliwie bladą cerę, na tle której odcinały się malinowe usta, wyrzeźbione w nikłym, ostrym uśmiechu. Wyraźnie zaznaczona linia szczęki nadawała mu nieco agresywnego wyglądu, jednak oczy, ciemne i matowe, jedynie od czasu do czasu goszczące pojedyncze błyski załamującego się światła, całkowicie burzyły budowane przez męską sylwetkę wrażenie.
– Myślałem, że już dawno ją wyrzuciłeś – odchrząknął, wzrokiem wskazując na leżącą na stoliku książkę.
– Nie – odpowiedział długowłosy, unosząc kącik ust w tajemniczym uśmiechu – widzisz, mam sentyment do takich bezwartościowych śmieci.
– Rozumiem – mruknął blondyn.
– Nie, nie rozumiesz.
Taemin przeniósł wzrok na ciągnący się za oknem chodnik, wzdychając niezauważalnie i pozwalając opaść ciążącym od dłuższego czasu powiekom. Próbując zapanować nad własnym oddechem policzył do dziesięciu, w cichej nadziei, że pozwoli mu to ukoić skołatane nerwy. W takich chwilach naprawdę zaczynał żałować, że nie zastanowił się piętnaście minut dłużej, proponując komukolwiek pomoc, a już szczególnie siedzącemu przed nim niziołkowi.
– Nie wiedziałem, że lubisz cappuccino.
– Nie lubię. Podobno wpadłem komuś w oko. Słodko, co nie?
– Niezbyt – usłyszał ciche mruknięcie.

▲▼

Kawiarnia opustoszała.
Taemin wyprostował się na niewygodnym barowym krześle, walcząc z groźnie wyglądającym cappuccino, które zerkało na niego spod ukosa. Ostrożnie obrócił szklankę w dłoniach, biorąc mały łyk. Nigdy nie pił kawy.
Nie było zbyt dobre; poczuł w ustach nieprzyjemny, gorzki posmak, rozlewający się na języku miniaturowymi falami. Piana osiadła na jego wargach, złośliwie drażniąc. Po dłużej chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że mógłby się do tego przyzwyczaić, lecz zapach, wkradający się do wrażliwych nozdrzy, zdecydowanie go odrzucał; pod tym względem czarna herbata z mlekiem była o wiele lepsza.
Uśmiechnął się nikle, wycierając usta wierzchem dłoni.
Upił drugi łyk, potem następny i kolejny, aż na jego twarzy nie wykwitł krzywy grymas zniesmaczenia. Odstawił szklankę na bok, przekręcając stronę leżącej przed nim książki i znowu poprawiając się na krześle.
Myśli rozsadzały mu głowę, malowane kolorem wspomnień. Nie chciał pamiętać i marzył o uwolnieniu się od więzów przeszłości, od dręczących go co noc mar sennych, które nie pozwalały zasnąć. Twarze, sylwetki, cienie, wszystkie bezimienne, chociaż doskonale znane, wzmagające przeszywające pierś bóle, podduszające od wewnątrz, miażdżące krtań do tego stopnia, że nie mógł wydobyć z siebie głosu, rozdrapujące nigdy niezabliźnione rany. Tańczył na granicy szaleństwa; na granicy, za którą była bezdenna przepaść, za którą jedynym jego towarzyszem miało być bezlitosne, tępe echo.
Nieobecnym wzrokiem studiował wszystkie rozmyte litery i niewyraźne wersy, uparcie brnąc w coraz to nowsze wątki fabularne, marząc o zagubionych pomiędzy nimi chwilach błogiego zapomnienia.
Zmarszczył brwi i podniósł głowę, kiedy poczuł na sobie nachalny wzrok. Rozejrzał się dookoła, jednak oprócz niego w kawiarni przebywały tylko dwie osoby, obie zanurzone w brudnych odmętach kawy. Nigdzie nie było też otulonego cieniem chłopaka.
Westchnął z rezygnacją, o skrzywienia psychiki obwiniając zapach cappuccino i kontynuując nużącą lekturę.
Bezwartościowy śmieć, usłyszał w uszach własny głos i mimowolnie zadrżał pod wpływem przejmującego chłodu, jaki chwilę później ogarnął jego zaplątany w obrazach z przeszłości umysł. Wiedział, że leżąca przed nim książka powinna już dawno wylądować w koszu, lecz nie potrafił zdobyć się na wystarczającą odwagę, by pozbyć się dzieła; paradoksalnie był za bardzo przywiązany do pachnących kurzem stron jak i wiążących się z nimi wspomnień.
Ciche przekleństwo wyślizgnęło się spomiędzy różanych warg.
Z zamiarem szybkiego powrotu do mieszkania i zakopania się w puchatej kołdrze oraz udawania, że świat nie istnieje, podniósł się gwałtownie, potrącając dłonią wypełnioną do połowy szklankę, której zawartość w ułamku sekundy znalazła się na stronach i okładce książki.
Zamarł momentalnie, z przerażeniem w oczach obserwując wsiąkające w kartki cappuccino.
– Kurwa – jego własny głos wypełnił mu uszy, brzmiąc nienaturalnie i obco. – To się, kurwa, nie dzieje naprawdę – wydusił z siebie, zachłystując się powietrzem, które miało duże trudności z odnalezieniem drogi do płuc.
Nie miał odwagi się poruszyć, po prostu stał i obserwował, jak jedyna pozostała po przeszłości pamiątka zamienia się w rozmiękłą, papierową masę, jak wszystkie słowa, wyrazy i zdania giną ze świdrującym ciszę niemym krzykiem, błagając o ratunek, który miał nigdy nie nadejść.
Zakrył twarz dłońmi, zamykając dolną wargę w objęciach ostrych zębów. Metaliczny smak krwi raz na zawsze zmył pozostałe na języku wspomnienie gorzkiego cappucinno, podążając w dół wyschniętego na wiór, nienaturalnie ściśniętego gardła, przez które próbowało uciec rozszalałe serce. Złość powoli przejmowała kontrolę, wypędzając przerażenie ze skołatanego umysłu.
Miał ochotę krzyczeć i płakać na przemian, do samego końca świata, do samego końca czasu, dźwięku, smaku, przestrzeni, koloru, zapachu, do samego końca świadomości.
– Spierdoliłeś – powiedział sam do siebie, wycierając stolik. – Spierdoliłeś, kurwa, znowu spierdoliłeś.

▲▼

Zacisnął zmarznięte dłonie na miedzianej klamce, czując w opuszkach palców dziwne mrowienie; uwięzione w nim pokłady złości powoli opuszczały ciało, pozostawiając naznaczoną sobą pustkę.
Mieszkanie tonęło w mroku, kontury mebli rozpływały się w ciemnościach, a białe zasłony tańczyły w otwartych na oścież oknach, poruszane chłodnym wiatrem nadchodzącego wieczora. Słońce chyliło się ku zachodowi, malując niebo paletą nienazwanych barw, które przenikały się nawzajem, mieszając w chaotycznym walcu. Miasto zasypiało, ulegając rozpraszającej się w przestrzeni kompozycji pomruku tysiąca silników.
Taemin rzucił torbę w ciemny róg przedpokoju, pozbywając się ostatnich, pozostałych w nim resztek złości. Zaciskając zęby usiadł na jednym z krzeseł, a cichy jęk wydobył się spomiędzy spierzchniętych warg, odbijając się głuchym echem od ścian mieszkania. Jego klatka piersiowa unosiła się w nierównym tempie, targana szalejącą burzą emocji, jednak twarz pozostawała bez wyrazu, obojętna na kontrastujące z buchającym w nim gorącem zimne podmuchy wiatru. Gwałtownym ruchem dłoni rozpuścił włosy, chowając pomiędzy splątanymi kosmykami cichy, suchy szloch.
Wzrokiem odszukał leżącą na stole paczkę papierosów, jednak z rozczarowaniem zauważył, że jest pusta; nie przypominał sobie, by przed wyjściem z mieszkania zdążył wypalić całą.
Wstał, zapalając światło i rozglądając się po pomieszczeniu. Zmarszczył brwi na widok wygniecionego, papierowego pudełeczka, które porzucone spoczywało obok wazonu ze zwiędniętymi kwiatami. Chwycił je w palce, ściskając w pięści i w milczeniu wyrzucił do kosza. Zamknął otwarte okno, starając się ignorować rosnące w nim uczucie niepokoju. Dochodząc do wniosku, że to pewnie zapach capuccino zaczął uderzać mu do głowy, skierował się do sypialni.
Zatrzymał się w progu, kątem oka dostrzegając utopione w wazonie niedopalone papierosy. Podszedł do stołu, zamykając łodygi zwiędniętych róż w silnym uścisku, po czym rzucił je na zakurzoną podłogę, nie zwracając uwagi na wodę, która pojedynczymi kroplami moczyła panele.
Zacisnął usta, przypatrując się uważnie trzynastu petom, tańczącym bezwładnie na powierzchni wody.
Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się wyrzucić niedopalonego papierosa do wazonu – a co dopiero trzynastu – kołacząca się na samym końcu świadomości myśl, że coś bez wątpienia było tu nie tak, powoli wdzierała się do umysłu, lecz nic nie wydawało się do siebie pasować; nie spodziewał się żadnych gości. Do głowy przychodziła mu tylko jedna osoba, która byłaby w stanie bez problemu wejść do mieszkania podczas jego nieobecności, ale nie sądził, by te przypuszczenia okazały się być prawdziwe, ostatni raz rozmawiali ze sobą miesiąc temu – jeżeli nie więcej.
Wypuścił uwięzione w płucach powietrze, przeczesując splątane kosmyki palcami obydwu dłoni.
– Kibum, pozwól na chwilę – rzucił w przestrzeń, walcząc z chęcią wyrzucenia wazonu przez okno. – Musimy pogadać.
Cisza małymi eksplozjami wypełniła pomieszczenie, przerywana ledwie słyszalnym szumem pracującej w kuchni lodówki oraz dobiegającymi zza uchylonego okna odgłosami zwalniającego miasta. Przez dłuższą chwilę przesiąknięte wspomnieniem dymu papierosowego powietrze trwało w zawieszeniu, zmącone spalinami i zapachem wątpliwości, unoszącym się nad głową chłopaka niczym poranna mgła, gęsta i lepka, nieprzyjemna dla skóry. Jego spojrzenie z uwagą rejestrowało każdą pojawiającą się na powierzchni wody falę i tańczące na niej papierosy, a głęboka bruzda, schronisko splątanych myśli, ozdobiła schowane pod grzywką czoło.
Ostra woń spalenizny i siarki wkradła się do skrytych pod klatką piersiową płuc, podduszając od środka i przyprawiając o mdłości. Odwrócił głowę, a jego wzrok rozbił się o gęsty obłok czarnego dymu, w którego kłębach zaczęła formować się smukła sylwetka, nabierająca wyrazistości z każdą rozpraszającą się w przestrzeni sekundą.
Taemin odkaszlnął, pozbywając się osiadłej w płucach sadzy.
Kocie oczy nowo przybyłego chłopaka wędrowały po pomieszczeniu, nie zatrzymując się na niczym konkretnym przez dłuższą chwilę. Porcelanowa cera silnie kontrastowała z głęboką czernią osmolonych włosów, a wąskie usta, przeraźliwie blade, zaciśnięte były w grymasie wyraźnego niezadowolenia. Zapach czekoladowych perfum ginął w smrodzie spalenizny.
– Mówiłem ci, żebyś tu nie przychodził, Kibum – zaczął długowłosy, wzrokiem wskazując na utopione w wazonie papierosy. – Nie wyraziłem się dosyć jasno?
Taemin odszukał spojrzeniem ukryte pod grzywką oczy, niczym dwa skażone węgle brudzące delikatną skórę twarzy. Osiadły w nich cień przerażenia co chwilę zmieniał kształt, przebierając w arsenale cyrkowych kostiumów, a rysujące się na bladych policzkach odbicie rzęs falowało niebezpiecznie z każdym ruchem ciała, przywodząc na myśl uwięzione w nim płomienie.
– Nie postawiłem nogi w twoim mieszkaniu od ponad miesiąca – odpowiedział spokojnie Kibum, podchodząc bliżej. – Poza tym – dodał, spoglądając na trzymany przez Taemina wazon – nie palę takich rzeczy.
– Kłamiesz.
– Nie – przerwał szybko czarnowłosy. – Wyobraź sobie, że zdarza mi się od czasu do czasu powiedzieć coś zgodnego z prawdą. Nie było mnie tutaj. Nie wiem, kto postanowił złożyć ci niespodziewaną wizytę, ale możesz wyłączyć moją skromną osobę z kręgu podejrzanych – dokończył szybko, sycząc jadowicie przez zaciśnięte zęby. – Jesteś pewien, że sam ich tam nie wrzuciłeś, detektywie? – zadrwił, unosząc kącik ust w szyderczym uśmiechu.
– Nie wołałbym cię, gdybym nie był. Chciałem po prostu się dowiedzieć, czy to nie ty, to wszystko – odpowiedział, wzruszając ramionami, a jego słaby głos rozbił ciszę na tysiące mikroskopijnych odłamków. – Nie powinienem tak naskakiwać – dodał po chwili namysłu.
Głośne prychnięcie dotarło do jego uszu, by po krótkiej chwili prześlizgnąć się przez szparę w uchylonym oknie, wydostając na zewnątrz i niknąc w gęstych ciemnościach wieczora. Taemin odwrócił wzrok, biorąc głęboki oddech.
– Wszystko u ciebie w porządku, mam nadzieję? – zapytał, a niepewny uśmiech wykwitł na jego twarzy.
– Skończ – uciął szybko czarnowłosy. Szponiasty cień rzęs, który padał na jego policzki, pociemniał. – Nie mam ochoty na żarty, może następnym razem – dokończył błyskawicznie, nie dając Taeminowi szansy na wyduszenie z siebie jakiegokolwiek słowa.

▲▼

Noc nadeszła szybko.
Taemin westchnął, czując rozchodzący się po płucach dym i chłodny wiatr tańczący pomiędzy splątanymi kosmykami włosów. Gwiazdy świeciły mocno, rozjaśniając panujące na przedmieściach miasta ciemności, a zapach nadchodzącej mgły drażnił jego wrażliwe nozdrza. Wychylił się za metalową barierkę, wzrokiem przeczesując spowite nieprzeniknioną czernią uśpione osiedle, szukając odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania.
Śmiech imprezujących piętro niżej studentów wypełniał jego uszy, nie pozwalając oczyścić zmęczonego umysłu, który desperacko domagał się snu; wiedział, że nie będzie w stanie teraz zasnąć.
Myślami powracał do utopionych w wazonie niedopałków papierosów i rozlanego cappuccino, do ukrytego w mroku obcego spojrzenia, które wydawało się przeszywać go na wskroś, oraz do czarnych, kocich oczu, spoglądających na niego zza osmolonej, kruczej grzywki.
Bezowocnie poszukiwał powiązania pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami, podczas gdy trzymany w palcach papieros szkicował w powietrzu przerażające twarze, niestrudzenie obserwujące każdy mięsień jego twarzy i szydzące z kłębiących się w głowie domysłów, które z siłą zacinającego deszczu bombardowały zbolałą duszę, których ciężar czuł pod zmęczonymi powiekami.
Cichy chichot wydobył się spomiędzy jego warg; nerwowy, szyderczy, histeryczny, ironiczny, ostentacyjny, sarkastyczny, wypełniając sobą mrok nocy i rozbijając kłębiący się w powietrzu dym na ostre fragmenty.
Zgasił niedokończonego papierosa o zimną barierkę, kręcąc głową w amoku wspomnień, niczym słowik uwięziony w niewidzialnej klatce. 

___

Proszę, błagam, nie zabijcie mnie za ten chłam. Nie dość, że prologiem narobiłam niezłego zamieszania, bo nic się z niego dowiedzieć nie można, to i pierwszy rozdział wyszedł mega nierozgarnięty (ale i tak mi się podoba omg)
Przepraszam, że tak przesuwałam terminy dodania tego, ale wena mnie opuściła wraz z początkiem lutego i trudno było ruszyć z miejsca. 
Błagam o opinie, bo sama nie wiem, co mam tak naprawdę o tym sądzić, mimo że wydaje mi się być w normie...  postacie jak na razie nieco niewyraźne, nie chcę zdradzać dużo już na samym początku.
Jestem z siebie dumna, anyway.
enjoy!

atmosphere

4 komentarze:

  1. Jestem~~!
    (btw. czo Ty po nocy siedzisz i czytasz moje badziewie zamiast spać? xD) Miałam się zabrać za czytanie rozdziałku dopiero jak znudzi mi się udawanie, że uczę się historii. Ale kusiło, oj kusiło. No i oto jestem, głucha na nawoływania uwięzionych w podręczników Merowingów, zaplątanych między kartkami Plantagenetów... etto... nevermind =.=
    Hm, nie nazwałabym tego "chłamem", moja droga. Od strony fabularnej ten rozdział nie powala, dzieje się niewiele, a wszystko jest osnute nic niewyjaśniającą mgłą wspomnień. Ale czy w pierwszych rozdziałach zawsze musi się dużo dziać? Co się dzieje w moim pierwszym rozdziale? *drapie się po głowie* Minho jara się grającym na skrzypcach sąsiadem. Kropka. Lubię, jak wszystko rozwija się w swoim tempie, a Ty dokładnie coś takiego tutaj robisz, napomykając o masie różnych wątków, z których wierzę, że każdy rozwinie się i wyjaśni, kiedy przyjdzie na to pora. Hm, bohaterowie faktycznie póki co nie są zbyt wyraźnie zarysowani, najbardziej Taemin, z wiadomych względów, o reszcie tylko wspomniałaś, ale to tylko bardziej intryguje i podsyca ciekawość.
    (btw. Taemin, ty cioto, musiałeś wylać tę kawę? xd)
    No ale książka, ah książka! Zauważyłaś może w "Błysku" jak bardzo taki motyw lubię, a tam zawarłam tylko mały ułamek tego, co ciśnie się pod palce, kiedy myśli zabłąkają się pomiędzy literki zadrukowanych kartek. Także jestem bardzobardzo ciekawa o co chodzi. Samo to, że osnuwasz wszystko taką pajęczyną przeszłości, wciąż żywej w głowie bohatera, nieustannie cisnącej mu się przed oczy, nadaje opowiadaniu klimat, który szalenie mnie porusza.
    Hm.. wiesz, nawet jeśli przez całą tę serię nic konkretnego by się nie działo (czysto teoretycznie! xD), to i tak mogłabym to czytać dla samego języka. Nie wiem jak to robisz, ale budujesz mi przed oczami żywy obrazek, bardziej realistyczny niż te serwowane przez kinematografię. Dbałość o szczegóły, zmysłowość opisów, metafory, te wszystkie elementy budują Twój tekst, a co za tym idzie - malują miprzed oczami świat przedstawiony.
    Dobra, kończę ten wywód. Czekam, co wymyślisz dalej ~~<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przejrzałaś mnie, tak, siedzę po nocach i czytam fanfiction. Tylko cii, ani słowa nikomu, okaay? ^^;;
      Szczerze mówiąc to miałam duże obawy przed publikacją tego, więc dobrze, że Ci się podoba ;___; Mam mega wątpliwości co do całego opowiadania, tak naprawdę wszystko może się zdarzyć...
      Dziękuję za opinię~ ^^;;

      Usuń
  2. Przeczytałem! Łuhuu! W końcu! Nawet nie wiesz, jakie to irytujące, tak wkuwać 300 stron historii bez przerwy, w ferie, i nie mieć czasu na czytanie czegokolwiek innego. Więc wybacz, że tak późno ;-; Nie napiszę nic odkrywczego ani jakoś ładnie poskładanego, czuję się taki wyprany z jakiejkolwiek inwencji twórczej. Napiszę tylko, że (wybacz, wybacz) rozdział tak jakoś mi się dłużył. I wiesz, nawet odkryłem dlaczego - mianowicie w każde zdanie, każdy nawet najdrobniejszy opis dajesz ogromną ilość przymiotników i przysłówków. I na mój strasznie wymęczony starożytnością i pozytywizmem mózg to działa trochę męcząco, ale język i styl pisania jest naprawdę ładny i literacki. Ogólnie co do fabuły rozdziału - jak na razie nie za wiele wiadomo, ciągle zastanawiam się, czy przeżyję 2mina, którego tam chyba planujesz... No ni, zobaczymy i obiecuję, że za jakiś czas nadrobię ten mój marny komentarz czymś bardziej rozbudowanym, jak znajdę czas i chęci ;-;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musisz nic nadrabiać, jedno zdanie w komentarzu w zupełności by mi wystarczyło ^^;;
      Wiem, wiem, walę tyle przymiotników, przysłówków i innych rzeczy, przepraszam, ale bez tego wszystkiego zdanie mi wygląda na gołe, po prostu nie mogę się powstrzymać, żeby czegoś nie dodać. Staram się ostatnio to ograniczać, ale nie wiem, czy to mi wychodzi ;___;
      Dziękuję za komentarz~

      Usuń