*sierpień 2012*
Ciepły promień
letniego słońca, przebijający się przez brudną, szarą zasłonę,
o której jeszcze kilka miesięcy temu można było powiedzieć, że
ma kolor biały, wypełnił małą, skąpaną w mroku minionej nocy
sypialnię. Leżący na łóżku chłopak zmrużył oczy, krytycznym
wzrokiem obrzucając jedyne znajdujące się w pokoju okno, a potem
sięgnął po leżącą na podłodze paczkę papierosów, wygrzebując
się z pościeli. Stojący na szafce nocnej budzik wskazywał kilka
minut po godzinie dziewiątej, miasto już dawno zdążyło obudzić
się do życia; cienkie ściany mieszkania przesiąknięte były
cichym pomrukiwaniem silników aut, głuchym tupotem stóp oraz echem
prowadzonych na chodniku rozmów.
Taemin sięgnął
po leżącą u progu sypialni wygniecioną koszulkę, przeklinając w
myślach fakt, że nie posiadał żadnego żelazka; z papierosem
trzymanym między zębami udał się do kuchni, rozglądając za
jakimkolwiek znajdującym się w zasięgu oka czystym kubkiem, mając
cichą nadzieję, że nie będzie musiał rozpoczynać dnia od
zmywania naczyń.
Usiadł na jednym z
parapetów, wyglądając przez okno, za którym rozciągała się
mozaika kolorowych bloków mieszkalnych i ledwo zauważalne
westchnienie opuściło jego zaróżowione, malinowe usta, a w
orzechowych oczach pojawiła się mała iskierka radości; zaciągnął
się gęstym, wypełniającym całe pomieszczenie dymem, uśmiechając
pod nosem. Obserwowanie ludzi było jedną z jego ulubionych
czynności, szczególnie rano i wieczorem, kiedy na ulicach było ich
zdecydowanie najwięcej; nie potrafił wyjaśnić, co takiego
ciekawego widział w ich sposobie bycia, co takiego tak naprawdę go
w nich pociągało, jednak za każdym razem, gdy przeczesywał morza
rysujących się pod jego oknem głów, nie mógł powstrzymać
cisnącego się na twarz uśmiechu.
Wyrzucił na wpół
wypalonego papierosa przez uchylone okno, obserwując uważnie jego
lot i cienką strużkę dymu, która unosiła się w powietrzu przez
kilka dalszych sekund, zanim zniknęła, rozpływając się
bezpowrotnie; tak samo jak każde pojedyncze ludzkie życie,
przeszło mu przez głowę, zanim zdążył odwrócić wzrok od
zatłoczonej ulicy.
▲▼
Taemin przerzucił
wytartą materiałową torbę przez prawe ramię, kilkoma sprawnymi
ruchami dłoni uwięził niesforne, długie kosmyki włosów w
niezbyt delikatnych objęciach gumki recepturki, a potem, chwytając
schowaną w ciemnym rogu zniszczoną deskorolkę opuścił wypełnione
gęstym dymem papierosowym mieszkanie. Kiedy pierwszy podmuch
ciepłego wiatru uderzył go w twarz, rozwiewając miedzianorudą
grzywkę i figlarnie tańcząc pomiędzy pojedynczymi luźnymi
pasmami amatorskiej fryzury, znacznie ograniczając jego pole
widzenia, prychnął pod nosem z powoli rosnącą irytacją. W głębi
duszy przeprosił wszystkich żyjących obecnie na tym świecie
fryzjerów i stylistów, którzy mieli nieprzyjemność go spotkać,
a potem, wypełniając przestrzeń pomiędzy powoli upływającymi
sekundami cichym, zrezygnowanym westchnięciem, całkowicie zatracił
się w małym świecie pokrętnych seulskich ulic i alei, uważnie
wysłuchując wszystkich historii, jakie szeptały mu na ucho wiekowe
mury kamienic znajdujących się w tej części miasta.
W powietrzu
unosił się aromat dopiero co zmielonej kawy, wymieszany z
wymykającym się przez otwarte okna biurowców zapachem świeżo
użytego tuszu do drukarki, które razem z zawieszonymi kilka metrów
nad ziemią dławiącymi obłokami spalin tworzyły typową dla
cierpiącego na wieczną bezsenność miasta gęstą i nieprzyjemnie
lepką mieszankę. Sprawiające wrażenie postrzępionych przez
szczyty seulskich wieżowców chmury tworzyły na niebie asymetryczną
szachownicę, a górujące nad nimi słońce budziło uśpione w
karoseriach zatrzymujących się na światłach aut refleksy.
Taemin
przekroczył próg jednej z wielu kawiarni, których na
przedmieściach miasta co roku przybywało w zastraszającym tempie.
Wiszący u drzwi dzwonek obwieścił jego przybycie, mącąc panującą
w otulonym półmrokiem pomieszczeniu ciszę, jakby nie zdając sobie
sprawy, że ta mogła poczuć się dogłębnie urażona. Przebijając
się przez mur ciekawskich spojrzeń dotarł do znajdującego się
przy dużym oknie panoramicznym stolika. Usiadł z ledwie słyszalnym
westchnięciem, dłonią zgarniając rozczochraną grzywkę z
powrotem na czoło, skutecznie odgradzając się od reszty klientów
miedzianorudą, lekko podziurawioną zasłoną.
– Znowu
spóźniony – rzucił w przestrzeń obojętnym tonem, ledwie
poruszając spierzchniętymi wargami, gdy kilkanaście długich minut
później stwierdził, że wskazówka wiszącego nad długim barem
zegara już dawno przekroczyła małą, prawie niewidoczną z
drugiego końca sali trzynastkę, a na horyzoncie nadal nie było
widać żadnego śladu jasnowłosego chłopaka.
Z braku
żadnego interesującego zajęcia rozejrzał się po sali, studiując
wzrokiem siedzących przy małych stolikach klientów, pomiędzy
którymi z zapożyczoną od średniowiecznego kowala gracją
poruszała się przeraźliwie chuda kelnerka, rozlewając po podłodze
pieniące się capuccino. Unoszące się znad szklanek obłoki pary
mieszały się z szumem rozbijających się o nisko zawieszony sufit
rozmów, a wpełzające do środka pomieszczenia przez panoramiczne
okno promienie słońca rzucały na podłogę ciemne, przybierające
dziwne wyrazy twarzy cienie.
Oczami
wyobraźni zobaczył przed sobą skromnie urządzoną recepcję
zapuszczonego motelu, który zbankrutował na początku lat
sześćdziesiątych, a potem zakurzone półki bogatej w światowe
bestsellery księgarni, przeniesionej do centrum miasta jeszcze przed
początkiem roku dwutysięcznego. Chwilę później ciche tykanie
miliona zegarów wypełniło jego uszy, szkicując na czarnym tle
świadomości wnętrze pracowni zegarmistrzowskiej, której
właściciel został zamordowany dokładnie rok i trzy miesiące
temu, zapoczątkowując serię trzynastu zabójstw zakończonych
masakrą w jednej ze szkół średnich, gdzie zginęły trzydzieści
trzy osoby, w tym pięciu nauczycieli oraz sześćdziesięcioletni
woźny. Zanim sprawca zdążył wyjawić swój motyw, jego klatkę
piersiową przeszyło dwadzieścia sześć pocisków oddanych z
dziewięciu karabinów maszynowych – według obecnych na miejscu
antyterrorystów było to czyste samobójstwo, biedak w desperacji
rzucił się na otaczających go policjantów, bredząc coś o
Układzie Słonecznym.
Ciche
przekleństwo opuściło wargi chłopaka, chwilę później
eksplodując w powietrzu z ledwie słyszalnym trzaskiem, gdy
krytyczne spojrzenie siedzącego zaledwie stolik dalej mężczyzny,
wyraźnie niezadowolonego z raniącego jego wrażliwe uszy słowa,
przeszyło dzielący ich dystans.
Taemin
potrząsnął niezauważalnie głową, pozbywając się
naszkicowanego na powierzchni orzechowych tęczówek zamglonego
wspomnienia, które na krótki ułamek sekundy przysłoniło
pogrążone w półmroku wnętrze kawiarni i biorąc głęboki oddech
sięgnął po przewieszoną przez oparcie spróchniałego krzesła
torbę.
Jego dłoń
zniknęła w czeluściach materiału, cierpliwe przeszukując
przepastne dno, aż w końcu pod opuszkami palców wyczuł przyjemny
dotyk powyginanych kartek i zaplamionej herbatą okładki. Książka,
którą trzymał w rękach, z wyraźnymi śladami długotrwałego
użytkowania, samą swoją obecnością sprawiała, że serce
chłopaka biło szybciej, a tęczówki zasnuwała mleczna mgiełka
wspomnień, choć tak bardzo oddalonych, to wciąż jeszcze żywych.
Szelest pożółkłych kartek otulił go niczym ciepła morska bryza,
przynosząc ze sobą uczucie błogiego odprężenia oraz ciężkie
angielskie powietrze, które niemal od razu odnalazło drogę do
płuc, jakby odziedziczona wieki temu po bliskiej osobie pamiątka.
Jonghyun
miał rację – tęsknił, cholernie tęsknił i to było przyczyną
tego paraliżującego bólu, którego źródło tkwiło gdzieś w
jego klatce piersiowej, a którego nie potrafił zdefiniować
słowami. Co noc tonął w morzu czarnej, dzwoniącej ciszy, nie
mając nawet pojęcia, gdzie znajduje się góra, a gdzie dół.
Ciemność była obok niego, pod nim i nad nim, otaczała swoimi
brudnymi mackami, miażdżąc porozrzucane po organizmie pokruszone
fragmenty serca niczym kruche odłamki połamanego lustra; ciemność
była w nim, naznaczając swoją nieznośną obecnością każdą
pojawiającą się w głowie myśl. Czasami zastanawiał się, czy
tak wygląda umieranie z powodu tej bezsensownej, nikomu na
tym świecie niepotrzebnej rzeczy zwanej tęsknotą, jednak w porę
przywracał się do porządku, poszukując w szkicowanych przez dym
papierosowy krzywych liniach chwili zapomnienia, mając cichą
nadzieję, że zdoła on chociaż częściowo zapełnić ziejącą
pustką dziurę pomiędzy lewym a prawym płucem, jedną z wielu
nigdy niezabliźnionych ran, jednak w odróżnieniu od większości
na pierwszy rzut oka niewidocznej.
Zdradziecka
czerń czcionki przesiąkała chropowatą powierzchnię stron, z
każdą kolejną coraz bledsza i mniej wyraźna, formując tańczące
pod opuszkami palców litery i wyrazy, które na bladej niczym śnieg
skórze znaczyły swoją obecność, krzyczące żyletki piszące
czerwonym atramentem.
Chłopak
przekartkował książkę, wprowadzając w trzepot jej strony.
Przyjemny zapach kurzu i starości wypełnił jego nozdrza,
rozchodząc się po krwiobiegu, a umysł zalała fala wrażeń i
doznań ukrytych pomiędzy wierszami tekstu. Nie wyobrażał sobie,
by kiedykolwiek miał się rozstać z trzymanym w dłoniach dziełem.
Misternie spleciona fabuła była domem dla jego utraconej młodości,
a labirynt wątków miejscem pochówku udręczonej duszy.
Taemin
pamiętał noce, pod których osłoną rodziły się wszystkie obecne
w książce postacie, pamiętał świszczący pomiędzy spróchniałymi
deskami podłogi wiatr i wdzierający się do skromnie urządzonej
izby przeraźliwy chłód, ponieważ zima tamtego roku przyszła
wyjątkowo wcześnie; szkielety rosnących przy wyboistej drodze do
centrum miasta drzew już w połowie listopada pokryły się białym
puchem. To właśnie pamięć była jego największym problemem,
przysparzającym więcej kłopotów niż włosy i dziewczęca
aparycja razem wzięte – pozostawione mu w spadku wspomnienia
parzyły, raniąc niczym kolce soczyście czerwonych, zrywanych
późnym latem róż, których dławiącym zapachem były
przesiąknięte.
–
Przepraszam?
Niechętnie
podniósł wzrok, zderzając się spojrzeniem ze stojącą przy
stoliku kelnerką, młodą dziewczyną ze splecionymi w elegancki
warkocz blond włosami i denerwująco równą grzywką. Zmarszczył
brwi, czując w nozdrzach silny zapach truskawkowych perfum. Kilka
długich sekund zajęło mu przypomnienie sobie, gdzie się znajduje.
– Pańskie
cappuccino.
– Nic nie
zamawiałem – zauważył, zanim zdążyła się oddalić. –
Obawiam się, że zaszła pomyłka.
– Widzi
pan stojącego przy barze chłopaka? – zapytała, stawiając przed
nim wysoką szklankę wypełnioną pieniącą się kawą;
przeraźliwie wysoki głos przeszył jego uszy, a on sam powstrzymał
cisnący się na usta grymas. – Chyba wpadł pan mu w oko, bo to od
niego. Czy mam coś przekazać?
Taemin
pokręcił głową, mamrocząc ciche „dziękuję” i odprowadzając
kelnerkę wzrokiem aż pod same drzwi na zaplecze.
Rzeczywiście,
przy długim barze, znajdującym się na drugim końcu sali, stał
dosyć wysoki chłopak. Kontury jego twarzy rozpływały się w
cieniu, zauważyć można było jedynie minimalnie kręcone kosmyki
włosów, prawdopodobnie brązowe. Opierał się o blat ze
skrzyżowanymi na piersi ramionami, uważnie obserwując siedzącego
przy stoliku długowłosego.
Taemin
prychnął w myślach, pogardliwie spoglądając na pieniące się
przed nim cappuccino, którego delikatna woń zaczęła powoli
wsiąkać w pożółkłe strony otwartej, zniszczonej książki, w
dalszym ciągu leżącej na środku stolika. Odwrócił wzrok i nie
chcąc marnować czasu na dziecinne zabawy odsunął szklankę jak
najdalej od siebie, starając się ignorować drażniący zapach
kawy.
Niestety,
jego myśli cały czas krążyły wokół ukrytego w cieniu chłopaka,
nie pozwalając na dobre zatracić się w przepastnym świecie
książki. Westchnął, szukając ujścia dla gromadzącej się w nim
frustracji, jednak nie przyniosło to żadnej wyraźnej ulgi.
Taemin
nigdy wcześniej nie widział go w tej okolicy, chociaż seulskie
przedmieścia znał jak własną kieszeń, doskonale orientował się
w terenie, a oprócz tego miał niesamowitą pamięć do twarzy i
nazwisk. Pierwszy raz zdarzyło mu się, by nie wiedział, z kim tak
naprawdę ma do czynienia. Jego czoło przyozdobiła długa, pozioma
zmarszczka, niemająca nic wspólnego z czytaną właśnie lekturą,
która dobrych kilka minut temu odeszła w całkowite zapomnienie.
Prawdopodobieństwo,
że chłopak pomylił go z dziewczyną, z każdą kolejną chwilą
wydawało się mu być coraz mniejsze i nie miał zielonego pojęcia,
dlaczego. Nie unosząc głowy ukradkiem zerknął na otoczoną
cieniem postać, chowając oczy za kurtyną grzywki. Z tak dużej
odległości mógł jedynie stwierdzić, że nogi nieznajomego są
zaskakująco długie, sylwetka minimalnie umięśniona, a ramiona
szersze niż jego własne.
Wbił
spojrzenie w zagięty róg jednej ze stron książki, przywołując
się do porządku. Prędzej czy później każdy nowy adorator dawał
sobie z nim spokój, więc nie widział powodu, dla którego tym
razem miałoby być jakkolwiek inaczej.
–
Taemin-ah? – niski głos rozbrzmiał tuż za jego uchem. –
Przepraszam, Jinki mnie zatrzymał. Nie czekałeś długo, prawda?
Jasnowłosy
chłopak, sylwetką przypominający małego niedźwiedzia, usiadł po
przeciwnej stronie stolika, oczami badając wnętrze kawiarni. Ledwo
zauważalny cień przerażenia osiadł w jego tęczówkach, a wargi
zacisnęły się w pojedynczą, cienką kreskę, odcieniem zlewając
się z resztą twarzy. Unikał kontaktu wzrokowego.
– Nie
lubię tego miejsca – mruknął pod nosem, uśmiechając się
nerwowo.
–
Naprawdę? – prychnął długowłosy, spoglądając na chłopaka z
ukosa. – Nie domyśliłbym się – rzucił sarkastycznie.
–
Przestań – wysyczał z zaciśniętymi zębami blondyn. – Nie
pomagasz.
– Czy za
każdym razem muszę ci przypominać, że pomaganie tobie nie należy
do zakresu moich skromnych obowiązków? Robię to z własnej,
nieprzymuszonej woli, jeżeli jeszcze nie udało ci się tego
zapamiętać.
Chłopak
podwinął rękawy bluzy, nie odpowiadając. Miał chorobliwie bladą
cerę, na tle której odcinały się malinowe usta, wyrzeźbione w
nikłym, ostrym uśmiechu. Wyraźnie zaznaczona linia szczęki
nadawała mu nieco agresywnego wyglądu, jednak oczy, ciemne i
matowe, jedynie od czasu do czasu goszczące pojedyncze błyski
załamującego się światła, całkowicie burzyły budowane przez
męską sylwetkę wrażenie.
–
Myślałem, że już dawno ją wyrzuciłeś – odchrząknął,
wzrokiem wskazując na leżącą na stoliku książkę.
– Nie –
odpowiedział długowłosy, unosząc kącik ust w tajemniczym
uśmiechu – widzisz, mam sentyment do takich bezwartościowych
śmieci.
–
Rozumiem – mruknął blondyn.
– Nie,
nie rozumiesz.
Taemin
przeniósł wzrok na ciągnący się za oknem chodnik, wzdychając
niezauważalnie i pozwalając opaść ciążącym od dłuższego
czasu powiekom. Próbując zapanować nad własnym oddechem policzył
do dziesięciu, w cichej nadziei, że pozwoli mu to ukoić skołatane
nerwy. W takich chwilach naprawdę zaczynał żałować, że nie
zastanowił się piętnaście minut dłużej, proponując komukolwiek
pomoc, a już szczególnie siedzącemu przed nim niziołkowi.
– Nie
wiedziałem, że lubisz cappuccino.
– Nie
lubię. Podobno wpadłem komuś w oko. Słodko, co nie?
– Niezbyt
– usłyszał ciche mruknięcie.
▲▼
Kawiarnia
opustoszała.
Taemin wyprostował
się na niewygodnym barowym krześle, walcząc z groźnie
wyglądającym cappuccino, które zerkało na niego spod ukosa.
Ostrożnie obrócił szklankę w dłoniach, biorąc mały łyk. Nigdy
nie pił kawy.
Nie było zbyt
dobre; poczuł w ustach nieprzyjemny, gorzki posmak, rozlewający się
na języku miniaturowymi falami. Piana osiadła na jego wargach,
złośliwie drażniąc. Po dłużej chwili zastanowienia doszedł do
wniosku, że mógłby się do tego przyzwyczaić, lecz zapach,
wkradający się do wrażliwych nozdrzy, zdecydowanie go odrzucał;
pod tym względem czarna herbata z mlekiem była o wiele lepsza.
Uśmiechnął się
nikle, wycierając usta wierzchem dłoni.
Upił drugi łyk,
potem następny i kolejny, aż na jego twarzy nie wykwitł krzywy
grymas zniesmaczenia. Odstawił szklankę na bok, przekręcając
stronę leżącej przed nim książki i znowu poprawiając się na
krześle.
Myśli rozsadzały
mu głowę, malowane kolorem wspomnień. Nie chciał pamiętać i
marzył o uwolnieniu się od więzów przeszłości, od dręczących
go co noc mar sennych, które nie pozwalały zasnąć. Twarze,
sylwetki, cienie, wszystkie bezimienne, chociaż doskonale znane,
wzmagające przeszywające pierś bóle, podduszające od wewnątrz,
miażdżące krtań do tego stopnia, że nie mógł wydobyć z siebie
głosu, rozdrapujące nigdy niezabliźnione rany. Tańczył na
granicy szaleństwa; na granicy, za którą była bezdenna przepaść,
za którą jedynym jego towarzyszem miało być bezlitosne, tępe
echo.
Nieobecnym wzrokiem
studiował wszystkie rozmyte litery i niewyraźne wersy, uparcie
brnąc w coraz to nowsze wątki fabularne, marząc o zagubionych
pomiędzy nimi chwilach błogiego zapomnienia.
Zmarszczył brwi i
podniósł głowę, kiedy poczuł na sobie nachalny wzrok. Rozejrzał
się dookoła, jednak oprócz niego w kawiarni przebywały tylko dwie
osoby, obie zanurzone w brudnych odmętach kawy. Nigdzie nie było
też otulonego cieniem chłopaka.
Westchnął z
rezygnacją, o skrzywienia psychiki obwiniając zapach cappuccino i
kontynuując nużącą lekturę.
Bezwartościowy
śmieć, usłyszał w uszach własny głos i mimowolnie zadrżał
pod wpływem przejmującego chłodu, jaki chwilę później ogarnął
jego zaplątany w obrazach z przeszłości umysł. Wiedział, że
leżąca przed nim książka powinna już dawno wylądować w koszu,
lecz nie potrafił zdobyć się na wystarczającą odwagę, by pozbyć
się dzieła; paradoksalnie był za bardzo przywiązany do pachnących
kurzem stron jak i wiążących się z nimi wspomnień.
Ciche przekleństwo
wyślizgnęło się spomiędzy różanych warg.
Z zamiarem
szybkiego powrotu do mieszkania i zakopania się w puchatej kołdrze
oraz udawania, że świat nie istnieje, podniósł się gwałtownie,
potrącając dłonią wypełnioną do połowy szklankę, której
zawartość w ułamku sekundy znalazła się na stronach i okładce
książki.
Zamarł
momentalnie, z przerażeniem w oczach obserwując wsiąkające w
kartki cappuccino.
– Kurwa – jego
własny głos wypełnił mu uszy, brzmiąc nienaturalnie i obco. –
To się, kurwa, nie dzieje naprawdę – wydusił z siebie,
zachłystując się powietrzem, które miało duże trudności z
odnalezieniem drogi do płuc.
Nie miał odwagi
się poruszyć, po prostu stał i obserwował, jak jedyna pozostała
po przeszłości pamiątka zamienia się w rozmiękłą, papierową
masę, jak wszystkie słowa, wyrazy i zdania giną ze świdrującym
ciszę niemym krzykiem, błagając o ratunek, który miał nigdy nie
nadejść.
Zakrył twarz
dłońmi, zamykając dolną wargę w objęciach ostrych zębów.
Metaliczny smak krwi raz na zawsze zmył pozostałe na języku
wspomnienie gorzkiego cappucinno, podążając w dół wyschniętego
na wiór, nienaturalnie ściśniętego gardła, przez które
próbowało uciec rozszalałe serce. Złość powoli przejmowała
kontrolę, wypędzając przerażenie ze skołatanego umysłu.
Miał ochotę
krzyczeć i płakać na przemian, do samego końca świata, do samego
końca czasu, dźwięku, smaku, przestrzeni, koloru, zapachu, do
samego końca świadomości.
– Spierdoliłeś
– powiedział sam do siebie, wycierając stolik. – Spierdoliłeś,
kurwa, znowu spierdoliłeś.
▲▼
Zacisnął
zmarznięte dłonie na miedzianej klamce, czując w opuszkach palców
dziwne mrowienie; uwięzione w nim pokłady złości powoli
opuszczały ciało, pozostawiając naznaczoną sobą pustkę.
Mieszkanie tonęło
w mroku, kontury mebli rozpływały się w ciemnościach, a białe
zasłony tańczyły w otwartych na oścież oknach, poruszane
chłodnym wiatrem nadchodzącego wieczora. Słońce chyliło się ku
zachodowi, malując niebo paletą nienazwanych barw, które
przenikały się nawzajem, mieszając w chaotycznym walcu. Miasto
zasypiało, ulegając rozpraszającej się w przestrzeni kompozycji
pomruku tysiąca silników.
Taemin rzucił
torbę w ciemny róg przedpokoju, pozbywając się ostatnich,
pozostałych w nim resztek złości. Zaciskając zęby usiadł na
jednym z krzeseł, a cichy jęk wydobył się spomiędzy
spierzchniętych warg, odbijając się głuchym echem od ścian
mieszkania. Jego klatka piersiowa unosiła się w nierównym tempie,
targana szalejącą burzą emocji, jednak twarz pozostawała bez
wyrazu, obojętna na kontrastujące z buchającym w nim gorącem
zimne podmuchy wiatru. Gwałtownym ruchem dłoni rozpuścił włosy,
chowając pomiędzy splątanymi kosmykami cichy, suchy szloch.
Wzrokiem odszukał
leżącą na stole paczkę papierosów, jednak z rozczarowaniem
zauważył, że jest pusta; nie przypominał sobie, by przed wyjściem
z mieszkania zdążył wypalić całą.
Wstał, zapalając
światło i rozglądając się po pomieszczeniu. Zmarszczył brwi na
widok wygniecionego, papierowego pudełeczka, które porzucone
spoczywało obok wazonu ze zwiędniętymi kwiatami. Chwycił je w
palce, ściskając w pięści i w milczeniu wyrzucił do kosza.
Zamknął otwarte okno, starając się ignorować rosnące w nim
uczucie niepokoju. Dochodząc do wniosku, że to pewnie zapach
capuccino zaczął uderzać mu do głowy, skierował się do
sypialni.
Zatrzymał się w
progu, kątem oka dostrzegając utopione w wazonie niedopalone
papierosy. Podszedł do stołu, zamykając łodygi zwiędniętych
róż w silnym uścisku, po czym rzucił je na zakurzoną podłogę,
nie zwracając uwagi na wodę, która pojedynczymi kroplami moczyła
panele.
Zacisnął usta,
przypatrując się uważnie trzynastu petom, tańczącym bezwładnie
na powierzchni wody.
Jeszcze nigdy nie
zdarzyło mu się wyrzucić niedopalonego papierosa do wazonu – a
co dopiero trzynastu – kołacząca się na samym końcu świadomości
myśl, że coś bez wątpienia było tu nie tak, powoli wdzierała
się do umysłu, lecz nic nie wydawało się do siebie pasować; nie
spodziewał się żadnych gości. Do głowy przychodziła mu tylko
jedna osoba, która byłaby w stanie bez problemu wejść do
mieszkania podczas jego nieobecności, ale nie sądził, by te
przypuszczenia okazały się być prawdziwe, ostatni raz rozmawiali
ze sobą miesiąc temu – jeżeli nie więcej.
Wypuścił
uwięzione w płucach powietrze, przeczesując splątane kosmyki
palcami obydwu dłoni.
– Kibum, pozwól
na chwilę – rzucił w przestrzeń, walcząc z chęcią wyrzucenia
wazonu przez okno. – Musimy pogadać.
Cisza małymi
eksplozjami wypełniła pomieszczenie, przerywana ledwie słyszalnym
szumem pracującej w kuchni lodówki oraz dobiegającymi zza
uchylonego okna odgłosami zwalniającego miasta. Przez dłuższą
chwilę przesiąknięte wspomnieniem dymu papierosowego powietrze
trwało w zawieszeniu, zmącone spalinami i zapachem wątpliwości,
unoszącym się nad głową chłopaka niczym poranna mgła, gęsta i
lepka, nieprzyjemna dla skóry. Jego spojrzenie z uwagą rejestrowało
każdą pojawiającą się na powierzchni wody falę i tańczące na
niej papierosy, a głęboka bruzda, schronisko splątanych myśli,
ozdobiła schowane pod grzywką czoło.
Ostra woń
spalenizny i siarki wkradła się do skrytych pod klatką piersiową
płuc, podduszając od środka i przyprawiając o mdłości. Odwrócił
głowę, a jego wzrok rozbił się o gęsty obłok czarnego dymu, w
którego kłębach zaczęła formować się smukła sylwetka,
nabierająca wyrazistości z każdą rozpraszającą się w
przestrzeni sekundą.
Taemin odkaszlnął,
pozbywając się osiadłej w płucach sadzy.
Kocie oczy nowo
przybyłego chłopaka wędrowały po pomieszczeniu, nie zatrzymując
się na niczym konkretnym przez dłuższą chwilę. Porcelanowa cera
silnie kontrastowała z głęboką czernią osmolonych włosów, a
wąskie usta, przeraźliwie blade, zaciśnięte były w grymasie
wyraźnego niezadowolenia. Zapach czekoladowych perfum ginął w
smrodzie spalenizny.
– Mówiłem ci,
żebyś tu nie przychodził, Kibum – zaczął długowłosy,
wzrokiem wskazując na utopione w wazonie papierosy. – Nie
wyraziłem się dosyć jasno?
Taemin odszukał
spojrzeniem ukryte pod grzywką oczy, niczym dwa skażone węgle
brudzące delikatną skórę twarzy. Osiadły w nich cień
przerażenia co chwilę zmieniał kształt, przebierając w arsenale
cyrkowych kostiumów, a rysujące się na bladych policzkach odbicie
rzęs falowało niebezpiecznie z każdym ruchem ciała, przywodząc
na myśl uwięzione w nim płomienie.
– Nie postawiłem
nogi w twoim mieszkaniu od ponad miesiąca – odpowiedział
spokojnie Kibum, podchodząc bliżej. – Poza tym – dodał,
spoglądając na trzymany przez Taemina wazon – nie palę takich
rzeczy.
– Kłamiesz.
– Nie –
przerwał szybko czarnowłosy. – Wyobraź sobie, że zdarza mi się
od czasu do czasu powiedzieć coś zgodnego z prawdą. Nie było mnie
tutaj. Nie wiem, kto postanowił złożyć ci niespodziewaną wizytę,
ale możesz wyłączyć moją skromną osobę z kręgu podejrzanych –
dokończył szybko, sycząc jadowicie przez zaciśnięte zęby. –
Jesteś pewien, że sam ich tam nie wrzuciłeś, detektywie? –
zadrwił, unosząc kącik ust w szyderczym uśmiechu.
– Nie wołałbym
cię, gdybym nie był. Chciałem po prostu się dowiedzieć, czy to
nie ty, to wszystko – odpowiedział, wzruszając ramionami, a jego
słaby głos rozbił ciszę na tysiące mikroskopijnych odłamków. –
Nie powinienem tak naskakiwać – dodał po chwili namysłu.
Głośne
prychnięcie dotarło do jego uszu, by po krótkiej chwili
prześlizgnąć się przez szparę w uchylonym oknie, wydostając na
zewnątrz i niknąc w gęstych ciemnościach wieczora. Taemin
odwrócił wzrok, biorąc głęboki oddech.
– Wszystko u
ciebie w porządku, mam nadzieję? – zapytał, a niepewny uśmiech
wykwitł na jego twarzy.
– Skończ –
uciął szybko czarnowłosy. Szponiasty cień rzęs, który padał na
jego policzki, pociemniał. – Nie mam ochoty na żarty, może
następnym razem – dokończył błyskawicznie, nie dając Taeminowi
szansy na wyduszenie z siebie jakiegokolwiek słowa.
▲▼
Noc nadeszła
szybko.
Taemin westchnął,
czując rozchodzący się po płucach dym i chłodny wiatr tańczący
pomiędzy splątanymi kosmykami włosów. Gwiazdy świeciły mocno,
rozjaśniając panujące na przedmieściach miasta ciemności, a
zapach nadchodzącej mgły drażnił jego wrażliwe nozdrza. Wychylił
się za metalową barierkę, wzrokiem przeczesując spowite
nieprzeniknioną czernią uśpione osiedle, szukając odpowiedzi na
wszystkie dręczące go pytania.
Śmiech
imprezujących piętro niżej studentów wypełniał jego uszy, nie
pozwalając oczyścić zmęczonego umysłu, który desperacko domagał
się snu; wiedział, że nie będzie w stanie teraz zasnąć.
Myślami powracał
do utopionych w wazonie niedopałków papierosów i rozlanego
cappuccino, do ukrytego w mroku obcego spojrzenia, które wydawało
się przeszywać go na wskroś, oraz do czarnych, kocich oczu,
spoglądających na niego zza osmolonej, kruczej grzywki.
Bezowocnie
poszukiwał powiązania pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami,
podczas gdy trzymany w palcach papieros szkicował w powietrzu
przerażające twarze, niestrudzenie obserwujące każdy mięsień
jego twarzy i szydzące z kłębiących się w głowie domysłów,
które z siłą zacinającego deszczu bombardowały zbolałą duszę,
których ciężar czuł pod zmęczonymi powiekami.
Cichy chichot
wydobył się spomiędzy jego warg; nerwowy, szyderczy, histeryczny,
ironiczny, ostentacyjny, sarkastyczny, wypełniając sobą mrok nocy
i rozbijając kłębiący się w powietrzu dym na ostre fragmenty.
Zgasił
niedokończonego papierosa o zimną barierkę, kręcąc głową w
amoku wspomnień, niczym słowik uwięziony w niewidzialnej klatce.
Proszę, błagam, nie zabijcie mnie za ten chłam. Nie dość, że prologiem narobiłam niezłego zamieszania, bo nic się z niego dowiedzieć nie można, to i pierwszy rozdział wyszedł mega nierozgarnięty(ale i tak mi się podoba omg)
Przepraszam, że tak przesuwałam terminy dodania tego, ale wena mnie opuściła wraz z początkiem lutego i trudno było ruszyć z miejsca.
Błagam o opinie, bo sama nie wiem, co mam tak naprawdę o tym sądzić, mimo że wydaje mi się być w normie... postacie jak na razie nieco niewyraźne, nie chcę zdradzać dużo już na samym początku.
Jestem z siebie dumna, anyway.
enjoy!
___
Proszę, błagam, nie zabijcie mnie za ten chłam. Nie dość, że prologiem narobiłam niezłego zamieszania, bo nic się z niego dowiedzieć nie można, to i pierwszy rozdział wyszedł mega nierozgarnięty
Przepraszam, że tak przesuwałam terminy dodania tego, ale wena mnie opuściła wraz z początkiem lutego i trudno było ruszyć z miejsca.
Błagam o opinie, bo sama nie wiem, co mam tak naprawdę o tym sądzić, mimo że wydaje mi się być w normie... postacie jak na razie nieco niewyraźne, nie chcę zdradzać dużo już na samym początku.
Jestem z siebie dumna, anyway.
enjoy!
atmosphere
Jestem~~!
OdpowiedzUsuń(btw. czo Ty po nocy siedzisz i czytasz moje badziewie zamiast spać? xD) Miałam się zabrać za czytanie rozdziałku dopiero jak znudzi mi się udawanie, że uczę się historii. Ale kusiło, oj kusiło. No i oto jestem, głucha na nawoływania uwięzionych w podręczników Merowingów, zaplątanych między kartkami Plantagenetów... etto... nevermind =.=
Hm, nie nazwałabym tego "chłamem", moja droga. Od strony fabularnej ten rozdział nie powala, dzieje się niewiele, a wszystko jest osnute nic niewyjaśniającą mgłą wspomnień. Ale czy w pierwszych rozdziałach zawsze musi się dużo dziać? Co się dzieje w moim pierwszym rozdziale? *drapie się po głowie* Minho jara się grającym na skrzypcach sąsiadem. Kropka. Lubię, jak wszystko rozwija się w swoim tempie, a Ty dokładnie coś takiego tutaj robisz, napomykając o masie różnych wątków, z których wierzę, że każdy rozwinie się i wyjaśni, kiedy przyjdzie na to pora. Hm, bohaterowie faktycznie póki co nie są zbyt wyraźnie zarysowani, najbardziej Taemin, z wiadomych względów, o reszcie tylko wspomniałaś, ale to tylko bardziej intryguje i podsyca ciekawość.
(btw. Taemin, ty cioto, musiałeś wylać tę kawę? xd)
No ale książka, ah książka! Zauważyłaś może w "Błysku" jak bardzo taki motyw lubię, a tam zawarłam tylko mały ułamek tego, co ciśnie się pod palce, kiedy myśli zabłąkają się pomiędzy literki zadrukowanych kartek. Także jestem bardzobardzo ciekawa o co chodzi. Samo to, że osnuwasz wszystko taką pajęczyną przeszłości, wciąż żywej w głowie bohatera, nieustannie cisnącej mu się przed oczy, nadaje opowiadaniu klimat, który szalenie mnie porusza.
Hm.. wiesz, nawet jeśli przez całą tę serię nic konkretnego by się nie działo (czysto teoretycznie! xD), to i tak mogłabym to czytać dla samego języka. Nie wiem jak to robisz, ale budujesz mi przed oczami żywy obrazek, bardziej realistyczny niż te serwowane przez kinematografię. Dbałość o szczegóły, zmysłowość opisów, metafory, te wszystkie elementy budują Twój tekst, a co za tym idzie - malują miprzed oczami świat przedstawiony.
Dobra, kończę ten wywód. Czekam, co wymyślisz dalej ~~<3
Przejrzałaś mnie, tak, siedzę po nocach i czytam fanfiction. Tylko cii, ani słowa nikomu, okaay? ^^;;
UsuńSzczerze mówiąc to miałam duże obawy przed publikacją tego, więc dobrze, że Ci się podoba ;___; Mam mega wątpliwości co do całego opowiadania, tak naprawdę wszystko może się zdarzyć...
Dziękuję za opinię~ ^^;;
Przeczytałem! Łuhuu! W końcu! Nawet nie wiesz, jakie to irytujące, tak wkuwać 300 stron historii bez przerwy, w ferie, i nie mieć czasu na czytanie czegokolwiek innego. Więc wybacz, że tak późno ;-; Nie napiszę nic odkrywczego ani jakoś ładnie poskładanego, czuję się taki wyprany z jakiejkolwiek inwencji twórczej. Napiszę tylko, że (wybacz, wybacz) rozdział tak jakoś mi się dłużył. I wiesz, nawet odkryłem dlaczego - mianowicie w każde zdanie, każdy nawet najdrobniejszy opis dajesz ogromną ilość przymiotników i przysłówków. I na mój strasznie wymęczony starożytnością i pozytywizmem mózg to działa trochę męcząco, ale język i styl pisania jest naprawdę ładny i literacki. Ogólnie co do fabuły rozdziału - jak na razie nie za wiele wiadomo, ciągle zastanawiam się, czy przeżyję 2mina, którego tam chyba planujesz... No ni, zobaczymy i obiecuję, że za jakiś czas nadrobię ten mój marny komentarz czymś bardziej rozbudowanym, jak znajdę czas i chęci ;-;
OdpowiedzUsuńNie musisz nic nadrabiać, jedno zdanie w komentarzu w zupełności by mi wystarczyło ^^;;
UsuńWiem, wiem, walę tyle przymiotników, przysłówków i innych rzeczy, przepraszam, ale bez tego wszystkiego zdanie mi wygląda na gołe, po prostu nie mogę się powstrzymać, żeby czegoś nie dodać. Staram się ostatnio to ograniczać, ale nie wiem, czy to mi wychodzi ;___;
Dziękuję za komentarz~