środa, 18 lutego 2015

oneshot: remember? [ontae]

pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?

Siedziałeś na zniszczonej, drewnianej ławce w pobliskim parku, a zachodni wiatr tańczył pomiędzy kruczymi kosmykami twoich włosów, błyszczącymi się w promieniach zawieszonego wysoko słońca niczym czarny bursztyn wydarty z głębi dziewiczego morza, wystawiony na kaprysy muskających go letnich promieni. Roztaczałeś wokół siebie subtelną nutkę surrealizmu, leniwym, sięgającym matowych oczu uśmiechem żegnając sierpień. Drżałeś, a gęsia skórka pokrywała całą powierzchnię twoich nagich przedramion i łabędziej, mlecznobiałej szyi. Ciemne tęczówki, zamglone obłokiem nieznanych mi myśli, spoczęły na mnie z ledwie widocznym cieniem przerażenia, zagubionym gdzieś w połowie drogi pomiędzy powierzchnią źrenic a ukrytym w głębi oczu przepastnym dnem, które, jak się później przekonałem, nigdy tak naprawdę nie istniało.

pamiętasz nasz pierwszy pocałunek?

Wspomnienie miękkości twoich poziomkowych warg błąka się w prawym kąciku moich ust, drażniąc przyjemnie; złożone przez ciebie za pomocą nieśmiałego języka obietnice parzą i szczypią, boleśnie złamane przez kruchość chłopięcej duszy drzemiącej w słabym studenckim ciele. Tańczyliśmy, opieszałymi ruchami warg poznając każdą wyrytą na powierzchni naszych ust ścieżkę, chociaż z grzeszną, dziecięcą wręcz radością zbaczaliśmy z wyznaczanych przez nie szlaków, bezmyślnie drąc na strzępy wszystkie mapy, jakie wpadły nam w niedoświadczone w wędrówkach ręce. Liczyliśmy się tylko my, tylko my i gorąc naszych języków, przeplatających się nawzajem w powolnym, niepoprawnym tańcu.

pamiętasz nasze pierwsze „kocham cię”?

Leżeliśmy na łóżku, a słońce wieczora, zadziornie wpełzające przez uchylone okno dachowe muskało twoje nagie stopy i kostki, po części zaplątane w labiryncie prześcieradeł i pierzyny. Cichy pomruk pełznących po ulicy aut mieszał się z leniwą melodią naszych oddechów, w której tonęło pomieszczenie. Zamknięci na klucz i odseparowani od reszty świata cieszyliśmy się każdą chwilą bliskości, opuszkami palców szkicując na swoich twarzach nieposiadające znaczenia wzory, wzdychając z frustracją, gdy któryś z nich wyszedł brzydko lub nie udał się w ogóle. Przez cały ten czas, jakby po omacku, poszukiwałem zagubionego w głębi twoich oczu szlaku, poszukiwałem ścieżki, drogi, będącej w stanie zaprowadzić mnie prosto do miejsca, w którym się skryłeś, pragnąc chociaż na chwilę, na jedną, krótką minutę spotkać się z tobą w tym nieokiełznanym, dzikim świecie, będącym dla ciebie prawdziwym domem; w twoim własnym królestwie, w którym główne skrzypce grała przyozdobiona wszystkimi kolorami tęczy cisza.
Nie pamiętam żadnego konkretnego momentu, w którym pomięta, zniszczona kartka papieru trafiła w moje ręce, nie pamiętam też, bym długo zastanawiał się nad treścią tego swoistego listu. Nie mogłem sprawić, byś mnie usłyszał, wobec tego pomogłem ci zobaczyć – koślawe, napisane zieloną kredką dwa słowa: „kocham cię”.
Nie było w tym krótkim przekazie wielkości, patosu czy nadzwyczajności, po prostu miłość.
Soczyście zielona miłość.

pamiętasz nasz pierwszy raz?

Widoczne na horyzoncie złote łany zboża szumiały głośno, a nasze przeplatające się, dyskretne westchnienia, wydarte z głębi spragnionych pocałunków warg, tonęły w koncercie wysokich, ostrych traw, które ocierały się o siebie z każdym delikatnym podmuchem wiatru, łaskocząc nasze nagie, złączone ciała, ogrzewane promieniami lipcowego słońca. Gałązki wiciokrzewu, wplecione w kosmyki twoich kruczych włosów oraz szeleszczące pod nami zeschłe liście rozłożystego dębu podrażniały wszystkie zmysły, doprowadzając mnie na skraj wytrzymałości – wariowałem, omamiony napływającymi zewsząd doznaniami i nienazwaną gromadą tłamszących się we mnie uczuć, które doprowadzały płynącą moimi żyłami krew do wrzenia. Mleczna rzeka porcelanowej skóry przesuwała się pod opuszkami moich palców, a myśli, niczym cienkie, nietrwałe nitki babiego lata, bezwładnie tańczyły, poruszane melodią naszych oddechów.
Nie mogłeś tego wiedzieć, ale miałeś naprawdę piękny śmiech, a tamtego dnia, leżąc na pożółkłej od słońca trawie, śmiałeś się bardzo często: perlisty, niewinny i czysty, bez cienia fałszu, nieskalany niedoskonałościami ludzkiej, obcej twoim uszom mowy; śmiech niczym u małego dziecka, które nigdy nie poznało zła, w obawie przed okrutnością świata skrywane w ciemnym kącie pomalowanej na różowo sypialni, śmiech, który kochałem.
Tamtego dnia pokazałeś mi swoje królestwo, tamtego dnia chwyciłeś mnie za rękę, prowadząc ukrytą w głębi twoich oczu ścieżką; w chwili spełnienia znaleźliśmy się tam razem, ciesząc ciała grzesznym dotykiem i grzeszną przyjemnością, a umysły bliskością serc, kołaczących we wspólnym rytmie, wyznaczanym przez ciche tykanie wskazówek zegara, zegara, którego ty nie miałeś szansy usłyszeć.

pamiętasz nas?

Ja pamiętam.
Jak stary, zapisany zielonym atramentem pamiętnik, porzucony na otulonym pajęczyną poddaszu.

___

Okay, nie wiem, gdzie tkwi sens tego czegoś, w sumie nie byłabym zdziwiona, gdyby go tu w ogóle nie było, cóż, w niedzielę wieczorem po prostu otworzyłam nowy plik i napisałam pięć prostych pytań, do których odpowiedzi przerodziły się w takie oto coś.  Czy mi się podoba? Nawet bardzo, jestem zadowolona, ponieważ osiągnęłam efekt zbliżony do tego, co chciałam osiągnąć.
Małe wyjaśnienie: w tym oneshocie (tak samo jak w in my room), nie pojawia się żadna wzmianka o tym, kto jest narratorem opowiadania - chciałam po prostu, by tekst był, hm, elastyczny - zmiana osoby opowiadającej wydarzenia zmienia także punkt widzenia całego oneshota, także można na niego spojrzeć z dwóch stron, nie wiem, czy to ma sens, ale to, powiedzmy, taki mój mały eksperyment. 
enjoy!

atmosphere

3 komentarze:

  1. Jestem~~!
    Postanowiłam na moment oderwać się od dziwnego niewiemczego, które właśnie powstaje w mojej wordowej rzeczywistości *parę dni temu skończyłam epilog CdA i teraz nie wiem co zrobić ze swoim życiem, ottoke* i oto przybyłam przeczytać kolejne Twoje dzieło~~!
    Pomysł, ah! Podoba mi się, naprawdę. Niby nic, ale tak pięknie zamknęłaś całą hisotrię miłości w pięciu prostych pytaniach. Takie rzeczy mogą wyjść dobrze i urzekająco tylko wtedy, jeśli ktoś umie tak pięknie obrazować rzeczywistość, jak Ty. I znów problem, znów dylemat - cóż ja mam napisać w tym komentarzu, żeby nie był bezwartościowym "pięknie piszesz, czekam na więcej"?
    Uwielbiam u Ciebie to skupianie się na szczegółach, rozrysowywanie ich na kanwie słów. Takie obrazowanie sprawia, że każde zdanie jest niezmiernie ważne, każde nasiąknięte pamięcią o minionych dniach. Wiesz, czasem naprawdę nie mogę wyjść z podziwu, jak w tak krótkich tekstach potrafisz zawrzeć tak nieskończoną ilość uczuć, barwnych doznań, kolorowych obrazów. A tu? Motyw ukrywania się we własnym królestwie ciszy, mój Boże, to mnie tak niewypowiedzianie urzekło. Zacytowałabym, ah, jak bardzo chciałabm przytoczyć choć ułamek tego piękna w komentarzu, ale dobrze wiesz, że to bezsensu, że nie od tego tu jestem, żeby przeklejać tekst. Najbardziej oczarowałaś mnie tym prostym, niemym, zielonym "kocham cię" i osnutym mgiełką magicznych doznań pierwszym razem. No i ta zieleń, podsumowująca cały tekst, całą opowieść, porzuconą gdzieś na poddaszu, choć wciąż żywą w umyśle bohatera.
    Kocham, umieram, rozpływam się, cóż jeszcze mam napisać? ;o
    No nic, wracam do mojej garstki rażących pospolitością słów.
    Pozdrawiam ~~<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję, dziękuję, ojejciu, skaczę z radości po pokoju i naprawdę nie wiem, co odpisać na taki cudowny komentarz, wybacz T__T
      Nawet nie wiesz, ile trudności sprawiło mi opisanie tego pierwszego "kocham cię", ponieważ nie wiedziałam, czy postawić na rozwodzenie się na temat tych właśnie słów czy przedstawić to jako spontaniczną akcję, bez dłuższych, kwiecistych opisów... wybrałam drugie i chyba nie będzie zbytnym przechwalaniem się z mojej strony, jeżeli powiem, że był to dobry wybór i sama jestem z tego dumna ^^;; Miło było także ująć miłosne wyznanie w inny sposób, bez używania głosu - bohater i tak by go nie usłyszał, w sumie to nawet nie wiem, czy dobrze zaznaczyłam fakt, że jest głuchy ;___; Czasami mam wrażenie, że tak, a czasami, że ubrałam to nieco zbyt poetycko, przez co wygląda to bardziej jak metafora wewnętrznego spokoju czy czegoś w ten deseń ;___;
      Dziękuję za opinię~ <3

      PS. epilog CdA, ty sobie ze mnie żartujesz? jestem za młoda, żeby umrzeć po raz 538215721

      Usuń
    2. Dobrze zaznaczyłaś, choć przyznam, że sama nie od razu się zorientowałam. Mimo to, podoba mi się ten zwiły sposób informowania czytelnika o pewnych kwestiach. Technika niedomówień ~~<3 Umrzeć? Umieram to ja, moje życie jest takie puste bez tego upartego skrzypka i łażącego za nim jak cień, niedorobionego Żabola :I a na rozdział XII zapraszam jutro, bo w piątek wyjeżdżam >.< *spam tak bardzo*

      Usuń